Wojna nuklearna sprzed 5 tyś lat - książka (ebook)

Michał
Posty: 80
Rejestracja: 22 stycznia 2011, 17:22

Wojna nuklearna sprzed 5 tyś lat - książka (ebook)

Post autor: Michał » 25 kwietnia 2011, 00:26

http://www.scribd.com/doc/53744527/Farr ... 4%99cy-lat


Niezwykła książka - warto przeczytać (choć momentami jest dość trudna w odbiorze dla laika ze względu na naukowy fizyczny język - ale dane które tam są wynagradzają te trudniejsze fragmenty)

oto "zwiastun książki":

Czy Układ Słoneczny eksplodował miliony lat temu?
Czy pas asteroid jest pozostałością po planecie, która wybuchła?
Czym były mitologiczne „wojny bogów”?
Co naprawdę opisują sumeryjskie teksty o zniszczeniu Tiamat przez Marduka?
Czym były „Tablice Przeznaczenia”?

W Układzie Słonecznym istnieją ślady dawnych katastrof i kataklizmów, których dotychczas nikt przekonująco nie wyjaśnił. Większość mitów z całego świata mówi o wybuchu jednej z planet. Niektórzy badacze są zdania, że ta eksplozja dała początek ziemskiej cywilizacji. Joseph Farrell twierdzi, że przyczyną eksplozji była wojna toczona w kosmosie.

Kto walczył i o co?
Porównując artefakty pozaziemskiego pochodzenia i starożytne teksty z najnowszymi koncepcjami współczesnej fizyki, autor dowodzi, że na planetach Układu Słonecznego istniały wysoko rozwinięte prastare cywilizacje, które w zamierzchłej przeszłości prowadziły kosmiczne wojny. I odtwarza szczegółowo przebieg międzyplanetarnego konfliktu, w którym użyto broni o niewiarygodnej niszczycielskiej sile...

Joseph P. Farrell – fizyk, badacz tajemnic przeszłości, autor książki Gwiazda Śmierci z Gizy, w której dowodzi, że Wielka Piramida była potężną bronią masowej zagłady

Fragment książki

WPROWADZENIE
PODEJŚCIE DO PROBLEMU
Ta broń może zabić każdą istotę w każdym z trzech światów, nawet Indrę i Rudrę.
Mahabharata
Giganci, Nefilim, Anunaki, zderzające się planety i hipoteza eksplozji planety, katastrofa kosmiczna, komety, anioły, demony, wojna w niebiosach, upadek Lucyfera, wojny bogów, starożytne eposy, starożytna zaawansowana technologia, sztuczne księżyce, krzyżowanie ras, inżynieria genetyczna i chimery, Twarz na Marsie, obiekty niepasujące do miejsca ich znalezienia i wreszcie...
Atlantyda.
Dla większości ludzi te pojęcia się ze sobą nie wiążą. Ja jednak przeczuwałem, że były one i nadal są wzajemnie powiązane, że są częściami wszechogarniającej całości na skalę wręcz kosmiczną.
Ci, którzy czytali moją trylogię Gwiazda śmierci z Gizy oraz The Gize Death Star Deployed(Gwiazda śmierci z Gizy: zainstalowanie) i The Giza Death Star Destroyed (Gwiazda śmierci z Gizy: zniszczenie) znają postawioną tam przeze mnie hipotezę o broni związanej z Wielką Piramidą oraz koncepcję, że w odległej starożytności wysoko zaawansowana technicznie broń mogła być użyta do zniszczenia planety, której obecnie brakuje w Układzie Słonecznym. Pozostał po niej tylko pas asteroid, smutne szczątki dawnej planety Krypton. Czytelnicy owych książek wiedzą także, że moim zdaniem sama Wielka Piramida - lub obiekt do niej podobny i oparty na podobnych koncepcjach fizyki skalarnej - mogła być bronią, którą zainstalowano do tego celu.
Należy jednak podkreślić, że przyjęcie tego kompleksowego i bardzo spekulatywnego scenariusza wymaga zmierzenia się z ogromnymi problemami. Niektóre z nich są znane czytelnikom moich wcześniejszych książek. Wiele trudności nastręcza ustalenie chronologii wydarzeń. Ale poza tym są inne problemy, których celowo nie omówiłem we wspomnianej trylogii.
Postanowiłem omówić je w kolejnej książce.
Postąpiłem tak z dość prostego powodu. Uznałem, że obszerne omówienie scenariusza starożytnej wojny międzyplanetarnej oraz jej trwałych konsekwencji we wspomnianych wyżej książkach, poruszających skomplikowane zagadnienia techniczne, odciągnęłoby uwagę czytelników od ich głównego tematu. Poza tym scenariusz ten, chociaż związany z hipotezą Wielkiej Piramidy jako broni, nie jest konieczny do jej uzasadnienia. W wymienionej wyżej trylogii skupiłem uwagę przede wszystkim na rodzaju broni użytej do prowadzenia wojny. Sama wojna, jako potwierdzenie istnienia niegdyś takiej broni, była tematem drugoplanowym. W tej książce, przeciwnie, koncentruję się właśnie na wojnie kosmicznej, natomiast drugorzędne znaczenie ma rodzaj użytej w niej broni.
Jakie są zatem te „inne problemy"?
Można je zrozumieć, zadając kilka prostych pytań: Kto walczył w tej hipotetycznej wojnie? Dlaczego walczono? Jakiej użyto broni? Jakie były jej skutki? Kto wygrał? Kto przegrał? Kto przetrwał? Jaką zostawił po sobie spuściznę? I zapewne najważniejsze -kto był „dobrą" stroną, kto „złą", oraz dlaczego jedni byli „dobrzy", a drudzy „źli"?
W przeciwieństwie do trylogii Gwiazdy śmierci z Gizy, w tej książce głównym tematem jest scenariusz starożytnej wojny międzyplanetarnej, która się rozegrała w naszym Układzie Słonecznym, oraz jej długofalowe konsekwencje, być może sięgające nawet współczesności. Oczywiście wynikają z tego także implikacje dla hipotezy omówionej w Gwieździe śmierci z Gizy, dlatego niektóre tematy tamtych książek ponownie tutaj zamieszczono i nawet rozszerzono, ale tylko na tyle, na ile było to niezbędne do przedstawienia owego scenariusza. Czytając tę książkę, należy pamiętać, że dwie hipotezy - hipoteza starożytnej wojny międzyplanetarnej i hipoteza Wielkiej Piramidy jako broni masowej zagłady - pozostają odrębne. Rzecz jasna są one ze sobą powiązane, ale potwierdzenie albo obalenie jednej automatycznie nie potwierdza i nie obala drugiej. Co więcej, jak czytelnik dowie się z głównej części książki, istnieje pisemny dowód sugerujący, że broń związana z Gizą pochodzi z epoki jeszcze wcześniejszej niż istniejące obecnie budowle w Gizie oraz że zachowana do dzisiaj Wielka Piramida była w istocie próbą zrekonstruowania znacznie starszej technologii militarnej zapewniającej sprawowanie władzy. Po przeczytaniu tej książki stanie się także jasne, że inne rodzaje broni niż skalarna albo inne sposoby dyslokacji broni skalarnej (taka jest również moja opinia) mogły być zastosowane nie tylko do niszczenia planet lub innych ciał niebieskich, ale także do wytworzenia ogromnych rys uszkadzających powierzchnię innych planet, do manipulowania pogodą, a nawet do manipulowania świadomością.

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1173
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Wojna nuklearna sprzed 5 tyś lat - książka (ebook)

Post autor: janusz » 20 września 2011, 17:26

Atomowe wojny w starożytności.

W numerze z 16 lutego 1947 rokuNew York Herald Tribune ukazał się
poniższy tekst, który przedrukowany został następnie przez Ivana T.
Sandersona w styczniowym numerze magazynu Pursuit z 1970 roku:
Kiedy pierwsza bomba atomowa wybuchła w Nowym Meksyku, piasek pustyni zamienił się w stopione zielone szkliwo. Ten fakt dał według magazynu Free World wiele do myślenia archeologom, którzy prowadzili wykopaliska w dolinie Eufratu. Odkryli oni warstwę agrarnej kultury liczącej sobie 8 000 lat oraz warstwę kultury pasterskiej, znacznie starszej, po czym dotarli do warstwy kultury jaskiniowej. Ostatnio dotarli do kolejnej warstwy... stopionego, zielonego szkła.
Wiadomo, że atomowe wybuchy na piaszczystej pustyni lub nad nią powodują stopienie krzemu i piasku zamieniając powierzchnię Ziemi w szklaną taflę. Czy znajdowane na obszarach starożytnych pustyń położonych w różnych częściach świata zeszklone tafle oznaczają, że w starożytności prowadzono wojny atomowe lub że w zamierzchłej przeszłości miały miejsce próby z bronią jądrową?
To zaskakująca teoria, lecz nie brak na nią dowodów, jako że tego rodzaju starożytne tafle pustynnego szkła są geologicznym faktem. Zdaniem meteorologów zdarza się, że uderzenia pioruna topią piasek, lecz zawsze ma to charakterystyczną postać przypominającą korzeń. Te dziwne struktury geologiczne noszą nazwę fulgurytów(strzałek piorunowych) i manifestują się raczej w postaci form rozgałęzionych a nie płaskich tafli zeszklonego piasku. Tak więc pioruny należy raczej wykluczyć jako przyczynę powstawania tego rodzaju form znajdowanych przez geologów, którzy obstają przy teorii wskazującej na uderzenia meteoru lub komety jako ich przyczynę. Mankamentem tej teorii jest to, że zazwyczaj nie udaje się odnaleźć krateru, jaki winien towarzyszyć tym anomalnym płytom szkła.
Brad Steiger i Ron Calais podają w swojej książce Mysteries of Time and
Space(Tajemnice czasu i przestrzeni), że Albionowi W. Hartowi, jednemu
z pierwszych inżynierów, absolwentów Massachusetts Institute of Technology, powierzono realizację przedsięwzięcia inżynierskiego w sercu Afryki. Przemieszczając się razem ze swoimi ludźmi przez prawie niedostępny teren, musieli przemierzyć duży obszar pustynny.
„W owym czasie bardzo mocno zafrapował go duży obszar zielonkawego szkliwa, który rozciągał się tak daleko, jak sięgał wzrok, i którego pochodzenia nie potrafił wyjaśnić” – pisze Margaret Casson w artykule opisującym życie Harta opublikowanym w magazynie Rocks and Minerals (Skały i minerały; nr 396, 1972). I dalej dodaje: „Jakiś czas później... przemierzał obszar White Sands. Było to wkrótce po dokonanych w tamtym rejonie pierwszych eksplozjach atomowych. Bez trudu rozpoznał ten sam typ krzemowego szkliwa, jaki pięćdziesiąt lat wcześniej widział na afrykańskiej pustyni”.3
TEKTYTY – ZIEMSKIE WYJAŚNIENIE?
Duże obszary pustynne pokryte porozrzucanymi „szklanymi” kulkami, zwanymi tektytami, są od czasu do czasu przedmiotem dyskusji prowadzonych na łamach literatury geologicznej. Panuje pogląd, że te krople z „utwardzonego szkła”(szkło jest de facto płynne) powstały głównie w wyniku uderzeń meteorytów, lecz w danych z miejsca ich znalezienia brak w wielu wypadkach wzmianek o kraterze, który powinien był powstać w wyniku takiego uderzenia.
Inna teoria głosi, że tektyty mają ziemskie pochodzenie – teoria ta bierze pod uwagę możliwość wojny z zastosowaniem broni atomowej lub innych wysoko zaawansowanych technicznie broni, zdolnych do stopienia piasku. Spór o tektyty został podsumowany w artykule zatytułowanym„The Tektite Problem”(„Problem tektytów”) autorstwa Johna O’Keefe zamieszczonym w sierpniowym numerze magazynu Scientific American z roku
1978. Oto, co O’Keefe mówi na ten temat:
Jeśli tektyty są ziemskiego pochodzenia, znaczy to, że jest jakiś proces, przy pomocy którego glebę lub popularne rodzaje skał można w jednej chwili przemienić w jednorodne, bezwodne, wolne od pęcherzyków powietrza szkło i wyrzucić na tysiące mil ponad atmosferę. Gdyby tektyty pochodziły z Księżyca, oznaczałoby to, że istnieje na nim przynajmniej jeden potężny wulkan, który wybuchł co najmniej 750 000 lat temu. Żadna z możliwości nie jest łatwa do zaakceptowania, jednak jedną musimy przyjąć. Uważam, że rozsądnym jest przyjęcie bardziej uzasadnionej, odrzucając mniej prawdopodobną.
Kluczem do rozwiązania problemu tektytów jest trzy manie się fizycznie uzasadnionej hipotezy i nie roztrząsanie zaledwie kilku zbiegów okoliczności, takich jak podobieństwo między ziemskimi osadami i materiałem, z którego zbudowane są tektyty. Uważam, że hipoteza księżycowych wulkanów jest jedyną fizycznie możliwą, jaką można zaakceptować. Jeśli doprowadzi ona do niespodziewanych, ale możliwych do przyjęcia wniosków, będzie to znaczyło, że jest użyteczna.
Jednym z aspektów jej użyteczności może być chociażby to, że
księżycowe pochodzenie tektytów wspiera pogląd mówiący, że Księżyc uformował się w wyniku rozszczepienia Ziemi. Tektyty są rzeczywiście zbyt podobne do ziemskich skał, aby mógł to być przypadek. Jeśli tektyty są produktem księżycowej magmy, oznaczać to może, że głęboko wewnątrz Księżyca musi znajdować się materiał bardzo podobny do tego, z którego zbudowany jest płaszcz Ziemi – bardziej podobny do niego niż do płytszych warstw Księżyca, gdzie dominują powierzchniowe bazalty. Jeśli Księżyc powstał w wyniku rozszczepienia Ziemi, jej część, która stała się Księżycem, musiała być mocno rozgrzana z zewnątrz i stracić większość swojej początkowej masy, zwłaszcza bardziej lotne pierwiastki. Lawa, z której zbudowana jest większość obecnej powierzchni Księżyca, wyrzucona została w początkowym stadium jego historii, kiedy jego ciepło koncentrowało się w płytkiej strefie położonej bardzo blisko powierzchni. Podczas niedawnych okresów charakteryzujących się opadem tektytów, źródła księżycowego wulkanizmu musiały znajdować się znacznie głębiej, tak że wulkany odpowiedzialne za tektyty czerpały z księżycowego materiału, który ucierpiał najmniej w okresie ablacji i w związku z tym jest przypuszczalnie podobny do materiału znajdującego się wewnątrz ziemskiego płaszcza. Wygląda to trochę dziwnie, ale tłumaczy, dlaczego tektyty są pod pewnymi względami bardziej podobne do ziemskich skał niż do skał znajdujących się na powierzchni Księżyca.
TAJEMNICZE SZKŁO NA SAHARZE
Jedna z największych tajemnic starożytnego Egiptu dotyczy wielkich szklanych płyt odkrytych dopiero w roku 1932. W grudniu owego roku Patrick Clayton, specjalista pracujący na rzecz Egyptian Geological Survey (Egipski Urząd Geologiczny), jechał samochodem między wydmami Wielkiego Morza Piasków w pobliżu Plateau Saad w praktycznie niezamieszkałej okolicy południowo zachodniego krańca Egiptu, kiedy usłyszał nagle, że opony jego samochodu miażdżą coś, co nie było piaskiem. Okazało się, że były to spore kawałki doskonale przezroczystego, żółtozielonego szkła.
W rzeczywistości nie było to zwykłe szkło, lecz super- czyste, składające się w 98 procentach z krzemionki (SiO2). Clayton nie był pierwszą osobą, która natknęła się na nie. Najróżniejsi „prehistoryczni” myśliwi i nomadzi musieli, oczywiście, również natrafić na to słynne już Libijskie Pustynne Szkło (Libyan Desert Glass; w skrócie LDG). W przeszłości używano go do wyrobu noży i narzędzi o ostrych krawędziach oraz innych przedmiotów. Rzeźbionego skarabeusza wykonanego z LDG znaleziono nawet w grobowcu Tu- tenchamona, co dowodzi, że materiał ten stosowano czasami również w jubilerstwie.
W swoim artykule zamieszczonym w brytyjskim magazynie naukowym New Scientist z 10 lipca 1999 roku zatytułowanym„The Riddle of the Sands” („Zagadka piasków”) Giles Wright powiada, że Libijskie Pustynne Szkło (LDG) jest najczystszym szkłem krzemionkowym, jakie kiedykolwiek znaleziono. Ponad tysiąc ton tego materiału leży porozrzucane na ciągnącej się na przestrzeni setek kilometrów ponurej pustyni. Niektóre kawałki ważą ponad 26 kilogramów, lecz większość tego materiału ma postać mniejszych, kanciastych odłamków – wygląda to niczym skorupy pozostałe po rozbiciu gigantycznej zielonej butelki.
Według Wrighta LDG przy całej swej czystości zawiera malutkie banieczki, białe smużki i atramentowo czarne zawirowania. Białe inkluzje są zbudowane z twardych minerałów takich jak krystobalit, zaś atramentowo czarne zawirowania są bogate w iryd, który stanowi, jak głosi nauka, nieomylny znak zderzenia z pozaziemskim obiektem, takim jak kometa lub meteoryt. Ogólna teoria mówi, że to szkło wytworzyło się w wyniku spieczenia i stopienia piasku, do jakiego doszło pod wpływem uderzenia kosmicznego ciała.
Teoria ta ma jednak poważne mankamenty, powiada Wright, i nie tłumaczy wielu zagadek związanych z rozległością pustyni zawierającej to czyste szkło. Główne pytanie brzmi: Skąd pochodzi ta niezmierzona ilość porozrzucanych wokoło szklanych odłamków? Brak jakichkolwiek dowodów w postaci krateru poważnie jej przeczy. Co więcej, powierzchnia Wielkiego Morza Piasku również nie wykazuje jakichkolwiek cech wskazujących na to, że może mieć ono kształt gigantycznego krateru, co potwierdziło sondowanie gruntu na dużą głębokość z satelity za pomocą odpowiedniego radaru.
LDG wydaje się być ponadto za czyste, aby mogło pochodzić z „brudnej” kolizji z ciałem kosmicznym. Wright podaje, że znane kratery powstałe w wyniku kolizji, takie jak ten położony w pobliżu Wabar w Arabii Saudyjskiej, są zaśmiecone kawałkami żelaza i innymi resztkami meteorytu. Tak nie jest w rejonie występowania
Libijskiego Pustynnego Szkła. Co więcej, LDG jest skoncentrowane w dwóch miejscach, a nie w jednym. Jedno z nich ma kształt owalny, a drugie okrągłego pierścienia o szerokości 6 kilometrów i średnicy 21 kilometrów, w którego środku nie ma szkła.
Jedna z teorii zakłada, że miało tam miejsce „miękkie” zderzenie. Mówi ona, że na wysokości około10 kilometrów nad Wielkim Pustynnym Morzem zdetonował meteoryt o średnicy około 30 metrów i że rozgrzane w ten sposób powietrze stopiło położony poniżej piasek. Tego rodzaju bezkraterowe zderzenie miało również miejsce, jak się sądzi, w roku 1908 w rejonie Podkamiennej Tunguzkiej na Syberii – tak przynajmniej twierdzą naukowcy głównego nurtu. Syberyjskie wydarzenie, podobnie jak czyste pustynne szkło, wciąż pozostaje nie rozwiązaną zagadką.
Kolejna teoria mówi o meteorycie, który odbił się od
powierzchni pustyni pozostawiając po sobie szklistą skorupę i płytki krater, który wypełnił się wkrótce piaskiem. Są jednak dwa obszary występowania LDG. Czyżby miało miejsce zderzenie z tandemem dwóch kosmicznych „pocisków”?
A może zeszklenie powierzchni pustyni jest rezultatem wojny atomowej prowadzonej w tamtym miejscu w bardzo odległej przeszłości? Czy strzał z broni typu Tesli wiązką energii mógłby stopić powierzchnię pustyni w trakcie na przykład jakiejś próby?
W artykule „Dating the Libyan Desert Silica-Glass” („Datowanie Libijskiego Pustynnego Szkła”), który ukazał się w170 numerze brytyjskiego magazynu Nature z roku 1952, jego autor, Kenneth Oakley, pisze:
Kawałki naturalnego szkła krzemionkowego o wadze do 16 funtów [7,3 kg] występują rozrzucone przypadkowo na terenie o owalnym kształcie i wymiarach 130 kilometrów z południa na północ i 53 kilometrów ze wschodu na zachód położonym na Morzu Piasku Pustyni Libijskiej. Ten niezwykły materiał, który jest niemal pozbawiony domieszek (97 pro- cent krzemionki), stosunkowo lekki (ciężar właściwy 2,21 g/cm3), przezroczysty, koloru żółtozielonego, ma własności kamienia jubilerskiego. W roku 1932 odkryła go Egipska Ekspedycja Miernicza kierowana przez P.A. Claytona. Dokładne jego badanie przeprowadził dr L.J. Spencer, który przyłączył się specjalnie w tym celu do kolejnej wyprawy, jaka udała się w tamten rejon w roku 1934.
Kawałki tego materiału leżą w wolnych od piasku korytarzach, które biegną między południkowo zorientowanymi krawędziami wydm o wysokości około100metrów i położonymi w odległości od 2 do 5 kilometrów od siebie. Te korytarze lub„ulice” mają tłuczniową powierzchnię podobną do nawierzchni żużlowego toru wyścigowego pokrytą kanciastym żwirem i czerwonym ilastym miałem pokrywającym nubijskie piaski. Kawałki szkła leżą na tej powierzchni, a miejscami są w niej zagrzebane. Pod powierzchnią gruntu znaleziono ich tylko kilka małych kawałków i to nie głębiej niż jeden metr. Wszystkie kawałki znajdujące się na powierzchni zostały podziobane lub wygładzone przez piasek. To szkło jest rozłożone jak gdyby łatami...
Pochodzenie tego będącego niewątpliwie naturalnym produktem szkła jest niejasne. Swoją konsystencją przypomina ono rzekomo kosmicznego pochodzenia tektyty, które są jednak znacznie od niego mniejsze. Tektyty są zazwyczaj czarne, aczkolwiek jedna ich odmiana, znaleziona w Czechach i na Morawach, znana pod nazwą „moldawit”, jest przezroczysta i koloru głębokiej zieleni. Libijskie krzemowe szkło zostało porównane również ze szkłem, które powstaje w wyniku stopienia piasku w wysokiej temperaturze powstającej podczas upadku meteorytu, jak to miało na przykład miejsce w pobliżu Wabaru wArabii Saudyjskiej i koło Henbury w środkowej Australii.
Donosząc o znaleziskach swojej ekspedycji, dr Spencer oświadczył, że nie udało mu się powiązać libijskiego szkła z jakimkolwiek źródłem. W miejscu znaleziska nie udało się znaleźć żadnych fragmentów meteorytu ani jakichkolwiek śladów krateru, jaki by powstał po jego upadku. „Wydaje się, że najprościej byłoby założyć, że spadły one z nieba”– stwierdził.
Byłoby bardzo interesujące, gdyby udało się geologicznie lub archeologicznie określić czas powstania lub pojawienia się tego krzemionkowego szkła na terenie Morza Piasku. Ograniczenie występowania tego materiału do warstwy powierzchniowej sugeruje, że nie jest on zbyt stary z geologicznego punktu widzenia. Z drugiej strony jest oczywiste, że był on tam już w czasach prehistorycznych. Trochę płatków [tego szkła] dostarczono egiptologom w Kairze, którzy uznali je za pochodzące z „późnego neolitu lub okresu przeddynastycznego”. Mimo dokładnych poszukiwań prowadzonych przez dra Spencera i nieżyjącego już A. Lucasa nie udało się znaleźć żadnych obiektów wykonanych ze szkła krzemionkowego w zbiorach pochodzących z grobowca Tutenchamona lub jakiegokolwiek innego grobowca. Na terenie, gdzie występu- je szkło krzemionkowe, nie natknięto się na żadne skorupy [będące resztkami starych wyrobów garncarskich], znaleziono natomiast „prymitywne groty ze szkła”.

ZESZKLONE FORTY W SZKOCJI
Jedną z największychzagadek klasycznej archeologii są zeszklone forty w Szkocji. Czyżby one również były dowodem jakiejś starożytnej wojny atomowej? Może tak, a może nie.
Mówi się, że w Szkocji istnieje co najmniej 60 fortów tego rodzaju. Do najbardziej znanych należą Tap o’Noth, Dunnideer, Craig Phadraig (w pobliżu Inverness), Abernathy (w pobliżuPerth), Dun Lagaidh (w Ross), Cromarty, Ar- ka-Unskel, Eilean na Goar i Bute- Dunagoil w Cieśninie Bute u wybrzeży Wyspy Arran. Kolejnym dobrze znanym zeszklonym fortem jest fort Cauadale na wzgórzu w Agryll w zachodniej Szkocji.
Jednym z najokazalszych przykładów zeszklonych fortów jest fort Tap o’Noth położony w pobliżu wsi Rhynie w północno-wschodniej Szkocji. Ta potężna budowla pochodząca z czasów prehistorycznych znajduje się na szczycie góry o tej samej nazwie wznoszącej się na wysokość 560 metrów, z której roztacza się wspaniały widok na tereny hrabstwa Aberdeenshire. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ściany są wykonane z tłuczonych kamieni, lecz po dokładnym przyjrzeniu się widać, że to nie są luźne kamienie, lecz stopiona skała! To, co było kiedyś odrębnymi kawałkami skały, obecnie stanowi ciemną, spopieloną masę, zgrzaną razem przez temperaturę, która musiała być tak wysoka, że rzeki płynnej, stopionej skały spływały po ścianach.
Opisy zeszklonych fortów były znane już w roku1880, kiedy to Edward Hamilton napisał artykuł „Vitrified Forts on the West Coast of Scotland” („Zeszklone forty na zachodnim wybrzeżu Szkocji”), który ukazał się w magazynie Archaeological Journal (nr 37, 1880, str. 227-243). W artykule tym Hamilton opisuje dokładnie wiele lokalizacji, w tym Arka-Unskel.
W miejscu, w którym Loch na Nuagh [nazwa wąskiej zatoki w formie fiordu] zaczyna się zwężać, gdzie przeciwległy brzeg leży w odległości od półtorej do dwóch mil [2,4-3,2 km], znajduje się mały cypel połączony ze stałym lądem pasem piasku i trzcin, który bywał najwidoczniej kiedyś pod wodą w czasie przypływu. Na płaskim szczycie tego cypla znajdują się ruiny zeszklonego fortu, którego właściwa nazwa brzmi Arka-Unskel.
Skały, na których się wznosi, to metamorficzny gnejs porośnięty trawą i paprociami. Z trzech stron wznoszą się one niemal pionowo na wysokość 110 stóp [33 m] nad poziom morza. Płytkie zagłębienie dzieli gładką powierzchnię szczytu na dwie części. Na większej z nich, z urwiskami opadającym ku morzu, mieści się główna część fortu, która zajmuje całą płaską powierzchnię. Ma kształt jakby owalu, którego obwód mierzy około 200 stóp [60 m]. Całość jego murów jest zeszklona... Kopaliśmy pod tymi zeszklonymi ścianami i zna- leźliśmy tam coś bardzo interesującego, co rzuca światło na sposób, w jaki zastosowano ogień do zeszklenia ścian. Wewnętrzna część górnej, zeszklonej ściany, była na odcinku od jednej do półtorej stopy [0,30-0,45 m] zupełnie nietknięta przez ogień, z wyjątkiem tego, że pewna część płaskich kamieni była lekko zlepiona i że kamienie – wszystkie ze szpatu polnego – były ułożone warstwami, jedna na drugiej.
Jest więc oczywiste, że najpierw na podłożu oryginalnej skały zbudowano fundament z bloków skalnych, a następnie ułożono grubą warstwę z luźnych, w większości płaskich kamieni ze szpatu polnego, a także innych skał, jakie były dostępne w sąsiedztwie, po czym zeszklono ją za pomocą dostarczonego z zewnątrz ciepła. Tego rodzaju fundament z luźnych bloków jest również w zeszklonym forcie DunMac
Snuichan w Loch Etive.
Hamilton opisuje jeszcze jeden zeszklony fort, znacznie większy, usytuowany na wyspie u wejścia do Loch Ailort.
Wyspa ta, o miejscowej nazwie Eilean na Goar, jest najbardziej wysunięta na wschód i ze wszystkich stron opada do morza gnejsowymi urwiskami. Jest to siedlisko i miejsce lęgu wielu gatunków morskich ptaków. Na płaskiej powierzchni wieńczącej jej szczyt wznoszącej się na wysokość 120 stóp [36 m] nad poziom morza znajdują się ruiny zeszklonego fortu w kształcie prostokąta z ciągłą linią wału obronnego w postaci zeszklonej ściany o grubości 5 stóp [1,5 m] łączącej się w południowo-zachodnim krańcu z wielką pionową skałą gnejsową. Długość obwodu przestrzeni zawartej wewnątrz tej ściany wynosi 420stóp[126 m], zaś szerokość – 70stóp [21 m]. Wał obronny jest ciągły i ma około 5 stóp [1,5 m] grubości. U wschodniego krańca znajduje się duża część ściany w jej oryginalnym położeniu, zeszklona po obu stronach. Wewnątrz przestrzeni otaczanej przez mur jest głębokie zagłębienie, w którym leży cała masa zeszklonych kawałków ściany, najwidoczniej przemieszczonych z miejsca oryginalnego położenia.
Hamilton naturalnie zadaje kilka oczywistych pytań.
Czy ta konstrukcja została wybudowana w celach obronnych? Czy zeszklenie jest skutkiem zamierzonym, czy dziełem przypadku? W jaki sposób powstało?
W procesie tego zeszklenia olbrzymie bloki skalne zostały zgrzane z kawałkami drobniejszego tłucznia tworząc jednolitą, twardą masę. Istnieje niewiele wyjaśnień jego powstania i chociaż proponują one różne koncepcje, żadne z nich nie zyskało powszechnej akceptacji.
Jedna z wcześniejszych teorii głosi, że forty zbudowano na starożytnych wulkanach (lub ich pozostałościach) i że ludzie użyli do ich budowy stopionych głazów wyrzuconych w czasie erupcji.
Pogląd ten został zastąpiony teorią głoszącą, że zeszklenie ścian fortów było celowe i miało za zadanie je wzmocnić. Według tej teorii do ścian dodawano materiał palny i rozpalano ogień. Miało to na celu wytworzenie na tyle mocnych ścian, aby mogły się one oprzeć wilgoci będącej wynikiem miejscowych warunków klimatycznych oraz armiom najeźdźców. To interesująca teoria, ale nie wyjaśnia wielu spraw.
Po pierwsze, nie wiadomo, czy tego rodzaju zeszklenie rzeczywiście wzmacnia ściany fortecy – raczej je osłabia. W wielu przypadkach wygląda na to, że ściany zapadły się w wyniku działania płomieni. Poza tym ściany wielu szkockich fortów są jedynie częściowo zeszklone, co raczej wyklucza tego rodzaju metodę jako sposób na wzmocnienie konstrukcji.
W swoim dziele poświęconym wojnom w Galii Juliusz Cezar opisał pewien typ drewniano-kamiennej fortecy zwanej murus gallicus. Opis ten był interesujący z punktu
widzenia badaczy szukających rozwiązania zagadki zeszklonych fortów, ponieważ opisywane przez Cezara forty miały kamienne mury wypełnione tłuczniem i wzmocnione były wewnątrz drewnianymi balami. Wydawało się logiczne, że ewentualne spalenie tego rodzaju wypełnionej drewnem ściany może spowodować w efekcie zeszklenie.
Niektórzy badacze obstają przy poglądzie, że to sami budowniczowie fortów spowodowali zeszklenie. Arthur C. Clarke cytuje pogląd pewnego zespołu chemików z Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, którzy zbadali liczne forty.
Biorąc pod uwagę wysokie temperatury, które należało wytworzyć, oraz to, że około 60zeszklonych fortów znajduje się na ograniczonym terenie w Szkocji, nie wierzymy, aby ten rodzaj konstrukcji był rezultatem przypadkowego pożaru. Musiało wchodzić w grę dokładne planowanie.
Jeden ze szkockich archeologów, Helena Nisbet, uważa jednak, że zeszklenie nie było zamyślonym przez budowniczych fortów dziełem. Analizując dokładnie zastosowany typ skał dowodzi, że większość fortów została zbudowana z materiału łatwo dostępnego w danej okolicy, a nie dobieranego pod kątem jego własności umożliwiających zeszklenie.
Sam proces zeszklenia, nawet jeśli był zamierzony, stanowi nie lada zagadkę. Zespół chemików zatrudnionych w trakcie realizacji programów telewizyjnych z cyklu
Arthur C. Clarke’s Mysterious World(Tajemniczy świat
ArthuraC. Clarke’a) poddał dokładnej analizie chemicznej
próbki skał pochodzące z jedenastu fortów i orzekł, że
temperatury konieczne do wytworzenia tego typu zeszklenia muszą być bardzo wysokie – do 1100°C – i że zwyczajne podpalenie ścian przy pomocy drewna zmieszanego ze skałą nie mogło dać tak wysokich temperatur.
Eksperymenty przeprowadzone w latach trzydziestych przez sławnych archeologów, V. Gordona Childe’a i jego kolegę Wallace’a Thorneycrofta, wykazały, że przez podpalenie fortów można było uzyskać temperatury wystarczające do uzyskania zeszklenia. W roku1934 zbudowali w Plean Colliery w hrabstwie Stirlingshire testową ścianę o długości 12stóp[3,6m], szerokości 6stóp[1,8m] i takiej samej wysokości. Do budowy ścian licowych użyli wypalanych cegieł, zaś rozpory wykonali z drewna, a zagłębienie pomiędzy ścianami wypełnili małymi kostkami bazaltowego gruzu. Z wierzchu przykryli wszystko bryłami darni, a następnie zgromadzili około czterech ton chrustu, ułożyli je przy ścianach i podpalili. Szalejąca śnieżyca sprawiła, że silny wiatr tak natleniał palącą się mieszaninę drewna i kamieni, że wewnętrzna warstwa uzyskała pewien stopień zeszklenia.
Wczerwcu 1937 roku Childe i Thorneycroft powtórzyli swój test zeszklenia w starożytnym forcie Rahoy w hrabstwie Argyllshire używając skał znalezionych na miejscu. Ich eksperymenty nie przyniosły jednak odpowiedzi na żadne z pytań dotyczących zeszklonych fortów, ponieważ udowodnili oni jedynie, że zebranie odpowiedniej ilości drewna i krzaków na szczycie mieszaniny drewna i kamieni, aby zeszklić kamienie, jest możliwe. Poza tym Childe’owi można też zarzucić, że użył, jak się wydaje, więcej drewna w proporcji do kamienia, niż, jak uważa wielu historyków, miało to miejsce w przypadku starożytnych drewniano-kamiennych fortec.
Ważną częścią teorii Childe’a było założenie, że to najeźdźcy a nie budowniczowie byli tymi, którzy napadali na forty, a następnie podpalali ściany przy pomocy stert drewna i chrustu. Zastanawia tylko, dlaczego ludzie powtarzali ten sam błąd, budując kompleksy obronne, które najeźdźca mógł z łatwością niszczyć przy pomocy ognia, podczas gdy duże wały obronne zbudowane z samego kamienia wychodziłyby z takich opresji nietknięte.
Krytycy teorii najazdu podkreślają, że w celu wytworzenia dostatecznej ilości ciepła przy pomocy naturalnego ognia ściany musiałyby mieć specjalną konstrukcję pozwalającą na wytworzenie takiej ilości ciepła. Twierdzenie, że budowniczowie specjalnie budowali forty możliwe do spalenia lub że najeźdźca dokładał aż tak wielu starań, aby wytworzyć taki ogień, który zeszkli ściany, i to metodami tradycyjnymi, wydaje się nierozsądne.
Wspólnym mankamentem wszystkich tych teorii jest założenie prymitywnego stanu kultury (cywilizacji) panującej w starożytnej Szkocji.
Prawdziwe zdumienie ogarnia nas, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad tym, jak duża i zorganizowana musiała być populacja, która wybudowała i mieszkała w tych starożytnych obiektach.
Janet i Colin Bord wspominają w swojej książce Mysterious Britain (Tajemnicza Bryta- nia)14o Zamku Maiden, aby dać czytelnikowi pojęcie o wielkości tego zdumiewającego tworu prehistorycznej sztuki inżynierskiej.

Zajmuje obszar 120akrów[48,6ha] o średniej szerokości 1 500stóp[450m] i długości 3 000stóp[900m]. Wewnętrz- ny obwód wynosi około 1,5 mili [2,4 km] i obliczono... że wymagałby 250 000 ludzi do obrony! To każe wątpić, że ta konstrukcja miała przeznaczenie obronne.
Wielką zagadkę dla archeologów stanowiły zawsze liczne i mające charakter labiryntu wschodnie i zachodnie wejścia u każdego z końców obwałowanego terenu. Być może po- czątkowo służyły jako wejścia konduktów ludzi z epoki neolitu. Później, kiedy wojownicy epoki żelaza używali tego miejsca w charakterze fortecy, prawdopodobnie uznali, że są one użyteczne jako środek mylący atakujących, którzy starali się je zdobyć. Fakt, że tak wiele z tych „fortów na wzgórzu” posiada dwa wejścia – jedno z północnego wschodu i drugie z południowego zachodu– zawsze sugerował jakieś obrządki związane ze Słońcem.
Jeśli mówimy o 250 000 ludzi broniących fortu, to znaczy, że mówimy o olbrzymiej armii w bardzo zorganizowanej społeczności. Nie chodzi tu o zgraję odzianych w futra i uzbrojonych w dzidy Piktów broniących fortu przed bandami rabusiów rekrutujących się ze społeczności myśliwsko-zbieraczej. Pytanie, jaka olbrzymia armia mogła okupować te położone na nadmorskich urwiskach lub u wejść do jezior (fiordów) forty, pozostaje bez odpowiedzi. Nie wiadomo również przeciwko jakiej morskiej potędze bronili się – niestety bez sukcesu – ci ludzie?
Forty na zachodnim wybrzeżu Szkocji przypominają tajemnicze, zlokalizowane na szczytach klifów, forty zlokalizowane na Wyspach Aran położonych u zachodnich wybrzeży Irlandii. Napotykamy tu
prawdziwe cienie historii Atlantydy posiadającej potężną morską flotę, która atakowała i podbijała swoich sąsiadów w przerażających wojnach. Teoretyzowano nawet, że bitwy, o których mowa w historii o Atlantydzie, były prowadzone na dzisiejszych terenach Walii, Szkocji, Irlandii i Anglii. Szkockie zeszklone forty sugerują, że należały one nie do zwycięzców, ale do tych, którzy przegrali wojnę. Oznaki przegranej widać w całym kraju: obronne obwałowania w Sussex, zeszklone forty w Szkocji oraz całkowity upadek i zniknięcie cywilizacji tych, którzy je zbudowali. Jakiż to, pradawny Armagedon zniszczył starożytną Szkocję?
W starożytnych czasach istniało coś, co w tekstach z tamtych czasów było nazywane greckim ogniem. Miało to charakter bomby napalmowej, którą miotano przy pomocy katapulty i której ładunku nie można było ugasić. Są wzmianki mówiące, że niektóre rodzaje greckiego ognia paliły się pod wodą i z tego względu były one stosowane w bitwach morskich. (Rzeczywisty skład grec- kiego ognia nie jest znany, lecz musiał się on składać z takich substancji, jak fosfor, smoła, siarka lub inne łatwopalne składniki).
Czyżby to właśnie grecki ogień powodował to zeszklenie? Podczas gdy zwolennicy teorii starożytnych astronautów uważają, że to istoty pozaziemskie zeszkliły te ściany przy pomocy swoich atomowych broni, bardziej prawdopodobne wydaje się, że są to rezultaty wynalezionej przez ludzi apokaliptycznej broni o charakterze chemicznym. Może to właśnie olbrzymia flotylla statków wojennych wyposażonych w machiny oblężnicze i grecki ogień szturmowała olbrzymie forty i w końcu spaliła je w piekielnym ogniu?
Wnioski wypływające z zeszklonych fortów są oczywite: jakaś potężna, dobrze zorganizowana cywilizacja zamieszkiwała Szkocję, Anglię i Walię w czasach prehistorycznych, około 1000 lat p.n.e. albo i więcej, i budowała gigantyczne konstrukcje, w tym forty. Była to najwidoczniej cywilizacja o charakterze morskim i przygotowywała się do batalii morskiej, jak również do innych rodzajów ataku.
ZESZKLONE RUINY WE FRANCJI, TURCJI
I NA ŚRODKOWYM WSCHODZIE
Zeszklone ruiny znaleźć można także we Francji, Turcji i na pewnych obszarach Środkowego Wschodu.
Zeszklone forty we Francji omawia w swoim artykule „On the Substances Obtained from Some «Forts Vit- rifiés» in France” („W sprawie pewnych substancji uzyskanych z «zeszkleń fortowych» we Francji”) zamieszczonym w American Journal of Science (vol. 3, nr 22, 1881, str. 150-151) M. Daubrée. Autor wymienia wiele fortów położonych w Bretanii i północnej Francji, których granitowe bloki zostały zeszklone. Wymienia „częściowo stopione granitowe skały z fortów Châteauvieux, Puy de Gaudy (Creuse) oraz z okolic Saint Brieuc (Côtes-du-Nord)”.16 Daubrée ze zrozumiałych powodów nie potrafił wówczas podać przyczyny tego zeszklenia.
Podobnie ma się sprawa z ruinami położonego w środkowej części Turcji Hattusas, starożytnego miasta Hetytów, które jest również częściowo zeszklone. O Hetytach mówi się, że byli wynalazcami rydwanu i że konie miały dla nich ogromne znaczenie. To właśnie na starożytnych hetyckich pomnikach nagrobnych po raz pierwszy spotykamy się z wizerunkiem rydwanu i jego zastosowania. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, że to oni udomowili konia i wynaleźli rydwan na kołach, bowiem przypuszczalnie w tym samym czasie rydwanów używano także w starożytnych Chinach.
Hetyci mieli również związki ze starożytnymi Indiami, bowiem w Hattusas znaleziono najwcześniejsze teksty hinduskie. Naukowcy przypuszczają obecnie, że cywilizacja Indii, jak to podkreślają tamtejsze starożytne teksty, takie jak Ramajana, liczy sobie wiele tysiącleci.
Kilka tajemnic związanych z Hetytami podaje w swojej wydanej w roku 1965 książce The Bible as the History (Biblia jako zapis historii) niemiecki historyk Werner Keller. Zgodnie z jego wersją Hetyci po raz pierwszy pojawiają się w Biblii (Księga Rodzaju, 23) w powiązaniu z patriarchą Abrahamem, który nabył od nich miejsce grzebalne w Hebronie dla swojej żony Sary. Keller, konserwatywny, klasyczny naukowiec, jest wyraźnie zakłopotany tym faktem, ponieważ czasy Abrahama to w przybliżeniu lata 2000-1800 p.n.e., podczas gdy pojawienie się Hetytów tradycyjnie datuje się na XVI wiek p.n.e.
Jeszcze bardziej kłopotliwy dla Kellera jest fragment Biblii (Księga Liczb, 13,29-30) mówiący, że Hetyci byli założycielami Jerozolimy. To fascynujące stwierdzenie oznacza, że Hetyci zajmowali również Baalbek, który leży między ich królestwem i Jerozolimą. Świątynię w Jerozolimie zbudowano na fundamentach wykonanych z olbrzymich bloków, takich jak w Baalbek. Hetyci z pewnością wznosili olbrzymie konstrukcje o charakterze megalitycznym, znane jako mury cyklopowe – olbrzymie, dziwnych kształtów, wieloboczne bloki, doskonale dopasowane do siebie. Masywne mury i bramy Hattusas są konstrukcyjnie łudząco podobne do tych, jakie występują w wysokich Andach oraz w innych miejscach na świecie, w których występują budowle megalityczne. Te z Hattusas różnią się tym, że część miasta jest zeszklona a mury z głazów częściowo stopione. Jeśli Hetyci byli budowniczymi Jerozolimy, znaczyłoby to, że ich starożytne imperium istniało przez wiele tysięcy lat i graniczyło z Egiptem. Przemawiają za tym również hetyckie hieroglify, które są bardziej podobne do egipskich niż znaki jakiegokolwiek innego języka.
Podobnie jak z Egiptem, którego historia sięga wielu tysięcy lat przed naszą erą i który miał związki z Atlantydą, ma się sprawa ze starożytnym imperium Hetytów. Podobnie jak Egipcjanie, Hetyci rzeźbili potężne figury sfinksów, tworzyli budowle w skali cyklopowej i czcili Słońce. Hetyci używali również identycznego jak Egipcjanie symbolu boga Słońca w postaci uskrzydlonego dysku. Hetyci byli dobrze znani w starożytnym świecie, ponieważ byli głównymi producentami przedmiotów z brązu i żelaza, byli metalurgami i żeglarzami. Jest prawdopodobne, że ich uskrzydlone dyski reprezentowały latające pojazdy zwane wimanami.
Niektóre starożytne ziguraty Iranu i Iraku również zawierają w sobie zeszklone elementy, które archeolodzy przypisują czasami działaniu greckiego ognia. Na przykład zeszklone resztki ziguratu w Birs Nimrod (Borsippa) położonego na południe od Hillah brano kiedyś za pozostałość po Wieży Babel. Na szczycie ruin znajduje się duża ilość zeszklonej ceramiki, która okazuje się być stopionymi przez wysoką temperaturę starodawnymi cegłami. Może być to rezultat potwornych starożytnych wojen opisanych w epopejach Ramajana i Mahabharata, chociaż dawniejsi archeolodzy przypisywali to piorunowi.
GRECKI OGIEŃ, BROŃ PLAZMOWA I WOJNY
JĄDROWE
Jeśli przyjąć za prawdę słowa wielkiej hinduskiej epopei Mahabharaty, to w odległych czasach prowadzono niesamowite wojny, w których używano pojazdów latających, wiązek promieni, chemicznych środków bojowych i prawdopodobnie broni atomowej. Wojny XX wieku były prowadzone przy użyciu niesamowicie niszczących broni – istnieje jednak możliwość, że wojny ostatnich dni Atlantydy także były prowadzone przy użyciu bardzo wymyślnych, zaawansowanych technicznie broni.
Tajemniczy grecki ogień był „chemiczną kulą płomienistą”. Zapalające mieszanki są datowane na co najmniej V wiek p.n.e., kiedy to taktyk Aineias napisał dzieło
Obrona ufortyfikowanych pozycji, w którym czytamy:
A sam ogień, który ma być niemożliwy do ugaszenia, należy przygotować w sposób następujący. Smołę, siarkę, pakuły, granulowane żywice i sosnowe trociny w woreczkach masz zapalić, jeśli chcesz spalić coś nieprzyjacielowi.
W swojej książce The Ancient Engineers (Starożytni
inżynierowie)22L. Sprague de Camp podaje, że w pewnym momencie odkryto,
m, iż że ropa naftowa, która sączy się z zie- mi w Iraku i innych krajach, stano- wi doskonałą bazę do wytwarzania mieszanek zapalających, ponieważ można ją było wytryskiwać ze swego rodzaju strzykawek, których używano w owych czasach do gaszenia pożarów. Dodawano do niej również inne substancje, takie jak siarka, oliwa z oliwek, bitum, sól i niegaszone wapno.
Niektóre z tych dodatków wspomagały płomień – siarka wytwarza ponadto okropny smród – a inne nie, mimo iż sądzono, że jest inaczej. Sól mogła być na przykład dodawana dlatego, że zawarty w niej sód nadawał płomieniowi jaskrawy, pomarańczowy kolor. Przypuszczając, że żywszy kolor oznacza gorętszy płomień, starożytni mylnie sądzili, że sól powoduje gwałtowniejsze spalanie. Tego rodzaju mieszaniny wkładano do drewnianych beczułek i wyrzucano z katapult na wrogie okręty, drewniane machiny oblężnicze i umoc- nienia obronne. /Może tu chodzić o błędne tłumaczenie starych tekstów , sól NaCl chlorek sodu , i druga sól to KCL chlorek potasu , być może chodziło właśnie o chlorek potasu , który też jest solą ?./
Według de Campa w roku 673 n.e. architekt Kallinikos zbiegł przed arabskimi najeźdźcami z Heliopolis (Baalbek) do Konstantynopola, gdzie ujawnił cesarzowi Konstantynowi IV ulepszoną formułę ciekłego środka zapalającego. Można nim było nie tylko sikać na nieprzyjaciela, ale również stosować go na morzu, ponieważ zapalał się w zetknięciu z wodą i paląc się unosił się na falach. /może tu chodzić o reakcje sodu i potasu metalicznego z wodą, będą pływać po powierzchni wody i wydzielać ciepło aż do nastąpienia samozapłonu/
De Camp twierdzi, że dzioby bizantyjskich galeonów były wyposażone w wyrzucającą płomienie aparaturę, która składała się ze zbiornika wyżej opisanej substancji, pompy i dyszy. Przy pomocy tych zestawów Bizantyjczycy przerwali arabskie oblężenia w latach 674-676 i 715-718, a także odparli rosyjskie ataki w latach 941 i 1043. Zapalająca ciecz siała niesamowite spustoszenia– spośród 800 arabskich statków, które zaatakowały w roku 716 Konstantynopol, do domu wróciła tylko garstka.
Formuły na mokrą wersję greckiego ognia nigdy nie ujawniono. De Camp powiada Zastosowanie odpowiednich środków ostrożności pozwoliło bizantyjskim cesarzom utrzymać skład substancji zwanej „mokrym ogniem” lub„dzikim ogniem” w tajemnicy tak skutecznie, że jej formuła nigdy nie stała się powszechnie znana. Kiedy pytano ich o nią, opowiadali bajeczkę o aniele, który ujawnił ją Konstantynowi I.
Pozostaje nam więc jedynie zgadywać, czym była ta substancja. Według pewnej kontrowersyjnej teorii mokry ogień składał się z ropy naftowej z dodatkiem fosforanu wapnia, który można otrzymać z wapna, kości i moczu. Być może Kallinikos wytworzył tę substancję w trakcie swoich eksperymentów. alchemicznych.
Zeszklenie cegieł, skał i piasku można było osiągnąć wieloma metodami z zakresu zaawansowanych technologii. Nowozelandzki autor RobinCollyns podaje w swojej książce Ancient Astronauts: A Time Reversal? (Starożytni
astronauci – czyżby odwrócenie czasu?) pięć metod, przy pomocy których starożytni lub „starożytni astronauci” mogli prowadzić wojny z różnymi społecznościami na Ziemi. Opisuje, jak te metody są ponownie rozwijane we współczesnym społeczeństwie. Są to miotacze plazmy, palniki termojądrowe, dziury wywoływane w warstwie ozonowej, manipulacje klimatyczne i wyzwalanie olbrzymich porcji energii, na przykład poprzez wybuch jądrowy. Książka Collynsa ukazała się w Wielkiej Brytanii w roku 1976 i podane w niej wzmianki o dziurach w warstwie ozonowej oraz wojnie klimatycznej wydają się mieć charakter wręcz proroczy.
Objaśniając broń plazmową Collyns powiada:
Eksperymentalne miotacze plazmy są już skonstruowane i przeznaczone do zastosowań pokojowych. Ukraińscy naukowcy z Instytutu Mechaniki Geotechnicznej wytopili eksperymentalnie tunele w kopalni rudy żelaza, używając plazmotronu, czyli palnika gazowej plazmy, który daje temperaturę 6000°C.
Plazmą w tym przypadku jest naelektryzowany gaz.
Naelektryzowane gazy są opisane również w Vymaanika-
Shaastra, starożytnej księdze Indii poświęconej wimanom,
która w zagadkowy sposób przedstawia także, jak ciekła,
metaliczna rtęć może stać się po naelektryzowaniu plazmą.
W dalszej części Collyns opisuje palnik termojądrowy:
To jeszcze jeden z możliwych środków prowadzenia wojen przez kosmitów lub starożytne, technicznie zaawansowane cywilizacje ziemskie. Może słoneczne lustra starożytności były w rzeczywistości palnikami termojądrowymi? Palnik termojądrowy jest zasadniczo dalszym rozwinięciem miotacza plazmy. Wroku1970 dr Bernard J. Eastlund i dr William C. Cough zaprezentowali w NowymJorku na aerokosmicznej konferencji naukowej teoretyczne podstawy budowy palnika termojądrowego. Podstawowym zadaniem jest wytworzenie niezwykle wysokiej temperatury, rzędu co najmniej pięćdziesięciu milionów stopni Celsjusza, którą można by kontrolować i zamknąć na ograniczonej przestrzeni. Wten sposób uwolniona energia może być zastosowana do wielu zadań o charakterze pokojowym, jako że nie ma tu żadnych radioaktywnych odpadów, które skażają środowisko, oraz nie są wytwarzane żadne wysoce niebezpieczne pierwiastki radioaktywne, takie jak pluton, który jest najbardziej zabójczą substancją znaną człowiekowi. Synteza termojądrowa zachodzi w sposób naturalny wewnątrz gwiazd i sztucznie podczas eksplozji stworzonej przez człowieka bomby wodorowej.
Można tu zastosować syntezę jąder deuteru(ciężki izotop wodoru, który łatwo wydzielić z morskiej wody)z innym jądrem deuteru lub trytu (kolejny izotop wodoru), albo helu. Palnik termojądrowy to rozpylacz zjonizowanej plazmy, która zamienia w parę wszystko, na co zostanie skierowana jego dysza wylotowa, jeśli... zastosuje się go w celu niszczenia. W zastosowaniu pokojowym może on z kolei służyć do odzyskiwania z metalowego złomu podstawowych pierwiastków.
Naukowcy z Uniwersytetu Teksaskiego ogłosili w roku 1974, że opracowali pierwszy eksperymentalny palnik termo- jądrowy i że dał on na wyjściu niesamowitą temperaturę 93 milionów stopni Celsjusza. Jest to pięć razy więcej od poprzednio uzyskanej temperatury gazu w zamkniętej przestrzeni i dwa razy więcej od minimum koniecznego do zainicjowania reakcji syntezy termojądrowej, jednak utrzymano ją przez zaledwie 1/50 000 000 sekundy zamiast przez jedną sekundę, jak to jest wymagane.
Warto tu zauważyć, że dr Bernard Eastlund jest posiadaczem patentu na inne niezwykłe urządzenie, które wykorzystywane jest w programie badawczym HAARP (High-frequency Active Auroral ResearchProgram), którego ośrodek badawczy zlokalizowano w Gakona na Alasce. Program HAARPdotyczy podobno manipulacji pogodą –jednego ze sposobów, w jaki starożytni mogli prowadzić zdaniem Collynsa wojny.
W sprawie dziur w warstwie ozonowej i manipulacji
pogodą Collyns pisze:
Sowieccy uczeni przedstawili i zaproponowali na forum ONZ układ o zakazie stosowania nowych sposobów prowadzenia wojen, takich jak tworzenie dziur lub„okien” w warstwie ozonowej w celu bombardowania określonych obszarów Ziemi promieniowaniem ultrafioletowym, co może doprowadzić do unicestwienia wszelkich form życia i obrócenia powierzchni lądu w jałową pustynię.
Inne pomysły omawiane na tym spotkaniu dotyczyły stosowania „infradźwięków” do niszczenia statków przez tworzenie akustycznych pól na morzu i ciskanie wielkich bloków skalnych do morza przy pomocy tanich ładunków atomowych. Będące wynikiem tego fale pływowe mogą niszczyć strefy przybrzeżne określonych krajów. Innym sposobem wytwarzania fal pływowych można być detonowanie atomowych ładunków na zamarzniętych biegunach. Kontrolowane powodzie, huragany, trzęsienia ziemi i susze wywoływane w określonych rejonach i miastach, to kolejne możliwości.
Wkońcu, co zresztą nie jest niczym nowym w sztuce wojennej, rozwijane są obecnie bronie spopielające wpostaci „chemicznych kul ognia”, które będą wydzielać energię termiczną podobną do tej, jaką wytwarza bomba atomowa.

......Hamilton zadawał sobie, rzecz jasna, wiele pytań dotyczących fortów, w szczególności zaś, w jaki sposób mogła powstać ich zeszklona powierzchnia. Jedną z najwcześniejszych koncepcji była absurdalna teza, iż twierdze te postawiono na wulkanach lub, że do ich konstrukcji użyto stopionych skał pochodzenia wulkanicznego. Nie muszę chyba dodawać, iż w żadnym z tego typu fortów nie odkryto śladów działalności wulkanicznej, w większości w ogóle nie mamy do czynienia ze skałami wulkanicznymi, wreszcie stopione są nie pojedyncze głazy, a cała powierzchnia murów i ścian tajemniczych budowli. Jest jasnym, iż uległa ona stopieniu już PO ich wzniesieniu.

Teorię tą szybko zastąpiono inną, głoszącą, iż zabieg topienia ścian był sztucznie wywołany i jak najbardziej celowy, a miało chodzić o zwiększenie ich wytrzymałości i trwałości. W tym celu całą twierdzę obkładać miano łatwopalnym materiałem i następnie podpalano. Hipoteza ta byłaby bardzo interesująca, gdyby nie kilka istotnych kwestii. Po pierwsze tego typu zabieg nie wzmacnia w żaden sposób ścian, więcej - wyraźnie je osłabia! Wysoka temperatura, jaka spowodowała zeszklenie była zbyt niska, by procesem tym objąć całość użytych do budowy skał. Wynikiem tego powierzchnia jest stopiona, wnętrze zaś nie. Skutkuje to łatwym kruszeniem i łuszczeniem się skał. Byłoby zrozumiałe, gdyby taki zabieg użyto raz, na próbę, ale wszystkie forty zostały w ten sposób potraktowane, co wyklucza możliwość eksperymentów z utwardzaniem. Idąc dalej - wiele z fortów jest zeszklonych jedynie częściowo, tak jakby gorąco uderzało jedynie z jednego kierunku. Jest to dowodem na to, iż nie mamy tu do czynienia z celowym zabiegiem, mającym wzmocnić całość konstrukcji, po drugie zaś - źródło temperatury, która spowodowała zeszklenie znajdowało się NA ZEWNĄTRZ konstrukcji! Podważa to całkowicie tezę o obłożeniu całej budowli substancjami łatwopalnymi i podpaleniu JEJ samej.

Mimo tych argumentów, w zasadzie wykluczających poważne traktowanie teorii o celowym działaniu człowieka, mającym na celu wzmocnienie zamków, hipoteza ta, w braku innych 'logicznych' wyjaśnień była dalej eksploatowana. Odwołano się do jedynych istniejących źródeł pisanych traktujących o architekturze Galów - dzieł Gajusza Juliusza Cezara. Opisuje on konstrukcje zwane murus gallicus, które składały się z dwóch równoległych warstw kamieni, wypełnionych i wzmocnionych od środka gruzem i balami drewnianymi. W wyniku podpalenia takiej konstrukcji mury miały ulec zeszkleniu. Badacze obmyślili ponadto, że do gruzu dodawano substancji zapalających i w ten sposób dokonywano zeszklenia murów. Hipoteza ta, tak jak poprzednia, wydaje się prosta i logiczna jedynie na pierwszy rzut oka. Już samo źródło, na jakim oparli się autorzy hipotezy budzi poważne wątpliwości. Zeszklone forty pochodzą bowiem ze znacznie odleglejszych czasów, niż czasy Celtów. Stały już na długo przed przybyciem tej nacji na wyspy brytyjskie, sami zaś Celtowie otwarcie mówili, iż nie wiedzą, jaka to zaginiona cywilizacja wzniosła te konstrukcje. Być może pewną wiedzą dysponowali Druidzi. Wiele bowiem wskazuje, iż ta kasta kapłanów wywodziła swe korzenie ze znacznie odleglejszych czasów, niż się to powszechnie przyjmuje. Ich zaawansowana wiedza dotyczyła n/p starożytnego Stonehenge, możliwe więc, że i zeszklone forty nie były dla nich tajemnicą. Faktem jest jednak, iż wiedza Druidów za czasów najazdów rzymskich praktycznie zaniknęła, a dodatkowo, jako że była to nauka tajemna - nie było praktycznie możliwości, by Cezar mógł mieć o niej większe pojęcie. Reasumując - już sama podstawa tej teorii jest chybiona, ale idźmy dalej. Podpalenie samego drewnianego szkieletu w żadnym wypadku nie mogło doprowadzić do interesujących nas skutków. Arthur C. Clark cytuje w swym opracowaniu ekspertyzę chemików z Muzeum Historii Naturalnej, którzy bez większych efektów próbowali rozwikłać zagadkę:

Biorąc pod uwagę wysokie temperatury, które należało wytworzyć, oraz to, że około 60 zeszklonych fortów znajduje się na ograniczonym terenie Szkocji, nie wierzymy, aby ten rodzaj konstrukcji był rezultatem przypadkowego pożaru. Musiało wchodzić w grę dokładne planowanie.

A zatem pozostaje nam rozwinięcie wspomnianej już wyżej teorii o świadomym podpaleniu łatwopalnego materiału zgromadzonego pomiędzy warstwami kamieni. Również tę propozycję nietrudno obalić. Sprawa pierwsza - mury fortów są złożone z JEDNEJ warstwy, a do przeprowadzenia powyższego zabiegu potrzebne były dwa rzędy głazów. Myśl o tym, iż jedna warstwa budowana była tylko w celu jej późniejszej rozbiórki jest na tyle bez sensu, że nie warto nawet jej rozważać. Kwestia druga - kamienie byłyby oszklone jedynie ze strony wewnętrznej, tymczasem zawsze jest to strona zewnętrzna, czasami TYLKO ta strona [istnieją fortece spalone z obu, jak i jedynie z zewnętrznej strony]. By osiągnąć efekt trzeba by więc postawić trzy (!) mury, a następnie dwa z nich rozebrać! Daje to w sumie trzykrotnie większe nakłady pracy, a zysk z tego był żaden - pamiętajmy, iż zabiegi te osłabiały (!) ściany tak, że w niektórych miejscach uległy one zapadnięciu. Może więc to nie obrońcy, a oblegający zastosowali ogień, by uszkodzić pozycje obrońców? Również to rozwiązanie niczego nie wyjaśnia. Ustaliliśmy już, że nie wchodziło w grę podpalenie drewnianej konstrukcji, ani realizacja na małą skalę. Owszem, starożytni saperzy posługiwali się ogniem, do 'wysadzania' podkopów pod murami, ale w przypadku szkockich zamków nie mamy podkopów, zeszklenie ogarnęło ogromne obszary twierdzy (nie tylko fragmenty murów), zaś uszkodzenia nie były na tyle poważne, by zniszczyć samą konstrukcję. Istniejące uszkodzenia są raczej wynikiem czasu, który kruszył osłabione mury, niż efektem bezpośredniego uszkodzenia w momencie zeszklenia. Wreszcie pozostaje nam najważniejsza kwestia - czy kontrolowany zabieg podpalenia mógł w ogóle zaowocować zeszkleniem?

Udowodnienia takiej możliwości podjął się w latach trzydziestych Gordon Childe z pomocą Wallace'a Thorneycrofta. Przeprowadzone przez nich w 1934 i 1937 roku miały wykazać, iż zeszklenie było możliwe w drodze podpalenia murów. I trzeba przyznać, że faktycznie wykazały, jednakże ilość zastrzeżeń jest tak duża, iż zaakceptowanie teorii Childe'a jest bardzo trudne. W czasie badań Arthura C. Clarka określono typowy skład chemiczny skał pochodzących z 11 wybranych fortów i określono, iż temperatura potrzebna do rozpoczęcia procesu zeszklenia to minimum 1100 oC. Childe znacząco uprościł swoją próbę. Po pierwsze zastosował technikę dwóch murów (pamiętajmy, iż większość fortów to konstrukcje pojedyncze), po drugie do budowy testowej ściany nie użył kamieni, a cegieł (!), po trzecie użył niewyobrażalnej wprost ilości drewna, którego ilość w samej konstrukcji muru była znacznie wyższa, niż przypuszczalna ilość drewna użytego do budowy fortec, po czwarte próbę przeprowadził w czasie wyjątkowo porywistego wiatru - huraganu wiejącego znad Atlantyku. Założenie, iż z budową musiano czekać na sporadycznie pojawiające się potężne wichury jest absurdalne. Testowy mur miał długość 3,6 metra i 1,8 metra szerokości [dwie warstwy kamieni + wewnętrzne wypełnienie] i tyle samo wysokości. Zostawmy na boku fakt, iż jest to śmieszna miniaturka prawdziwej skali fortec, zostawmy na boku fakt, iż forty zbudowano z przypadkowego materiału charakteryzującego się różną podatnością na temperatury. Zajmijmy się podsycaniem ognia. Ilość chrustu użytego dla tego kawałeczka muru, który nie stanowi nawet ułamka procentu faktycznej wielkości przeciętnego fortu to 4 tony! Przy takim zapotrzebowaniu na opał w krótkim czasie cała Szkocja zostałaby całkowicie pozbawiona lasów. A co uzyskał Childe? Częściowe zeszklenie powierzchni, nie docierające do głębszych warstw skał, zero charakterystycznych zacieków świadczących o płynności powierzchniowej warstwy kamienia. Można powiedzieć, iż elementy muru testowego zgrzały się ze sobą, ale nie zespoliły w wyniku stopienia. Porównując efekty jego zabiegów [temperatura ok. 1100 oC] z wyglądem fortów można zaryzykować twierdzenie, iż temperatura, w której uległy one stopniu była dwukrotnie wyższa - poza zasięgiem metod branych pod uwagę. Dodatkowo Childe'a kompromituje uparte twierdzenie, iż to atakujący stosowali tę metodę dla niszczenia murów. Tymczasem wymaga ona dostępu do murów z obu stron, również od strony obrońców!

Wspólnym i chyba najistotniejszym mankamentem wszelkich teorii 'ludzkiego działania' jest założenie prymitywnego stanu cywilizacji istniejącej w północnej Szkocji w czasach antycznych. W opracowaniach 'wyjaśniających' zagadkę budowy fortów dziwnym milczeniem zbywa się ogrom tego zjawiska. Dla unaocznienia wielkości tych architektonicznych konstrukcji posłużę się kolejnym cytatem z pracy Janet i Colin Bord - 'Tajemnicza Brytania', cytat dotyczy Zamku Maiden:

Zajmuje obszar 120 akrów [48,6 ha] o średniej szerokości 1 500 stóp [450 m] i długości 3000 stóp [900 m]. Wewnętrz­ny obwód wynosi około 1,5 mili [2,4 km] i obliczono... że wymagałby 250000 ludzi do obrony! To każe wątpić, że ta konstrukcja miała przeznaczenie obronne. Wielką zagadkę dla archeologów stanowiły zawsze liczne i mające charakter labiryntu wschodnie i zachodnie wejścia u każdego z końców obwałowanego terenu. Być może po­czątkowo służyły jako wejścia konduktów ludzi z epoki neolitu. Później, kiedy wojownicy epoki żelaza używali tego miejsca w charakterze fortecy, prawdopodobnie uznali, że są one użyteczne jako środek mylący atakujących, którzy starali się je zdobyć. Fakt, że tak wiele z tych �fortów na wzgórzu" posiada dwa wejścia - jedno z północnego wschodu i drugie z południowego zachodu - zawsze sugerował jakieś obrządki związane ze Słońcem.

250000 tysięcy ludzi do obrony! Jasne, jak słońce, że taka liczba kazałaby odrzucić twierdzenie o obronnym charakterze tych budowli, ale czemu w takim razie, wszyscy archeologowie zgodnie mówią o wojskowych fortach i starają się bezskutecznie wykazać, iż mury te były przeznaczone do obrony? Odpowiedź jest równie prosta - innego wytłumaczenia dla przeznaczenia tych budowli nie ma! Bo, po co niby ktoś, olbrzymim nakładem sił i środków miałby 'grodzić' w ten sposób teren wielkości Watykanu? Tu wypływa druga kwestia - jak niesamowita musiała być liczba robotników wznoszących te fortyfikacje. Biorąc to pod uwagę liczba ćwierć miliona obrońców nie wydaje się już tak wygórowana. Miałem niedawno okazję czytać, znaleziony w sieci, artykuł o mitologii precesyjnej, którego autor odrzuca wiarygodność jednej z biblijnych historii tylko dlatego, że liczba 600 tysięcy wojowników skupionych w jednej armii jest dla niego nie do przyjęcia. Jeśli kiedyś będzie miał okazję przeczytać ten tekst ciekawe jak zareaguje na ćwierć milionową armię skupioną dla obrony JEDNEGO tylko fortu. Coraz to nowe odkrycia archeologiczne w bezlitosny sposób dostarczają dowodów na prawdziwość i rzetelność mitologii i siłą rzeczy twierdzenia nauki MUSZĄ ewoluować w kierunku wyśmiewanych do niedawna teorii paleoastronautycznych. Nie dzieje się to bez oporów: w szkołach do dziś tłucze się uczniom do głowy, że Sfinx został postawiony w trzecim tysiącleciu pne. Tymczasem w zeszłym tygodniu miałem okazję usłyszeć na Discovery najnowsze OFICJALNE datowanie posągu na 7 tysięcy lat przed naszą erą! Oznacza to nie tylko odrzucenie wymyślonej na siłę tezy, iż rzeźba ta to wyobrażenie Chefrena. Takie datowanie oznacza przesunięcie 3 tysiące lat wstecz początków cywilizacji! Droga do pełnego uznania twierdzeń Dänikena i innych jest jeszcze długa, ale pierwszy krok został już uczyniony.

Wracając do tematu należy postawić zasadnicze pytanie - jaka to olbrzymia armia musiała okupować dziesiątki fortów zlokalizowanych na wybrzeżach Szkocji, nie mogło to być plemię barbarzyńców z czasów neolitu, jak to się przyjmuje, ale wysoko rozwinięta i zorganizowana kultura podporządkowana przy tym prawom wojny. I przed jakim niesłychanym zagrożeniem musiała się chronić? Pierścień umocnień jest zlokalizowany na wybrzeżach, a więc zagrożenie nadchodziło od morza i to ze strony północnej gdzie nic nie ma! Kto mógł dysponować tak olbrzymią flotą, by zagrozić kilkumilionowej populacji wojowników dysponujących silnie rozbudowanym systemem obronnym? Tu docieramy do prawdziwych cieni historii o Atlantydzie, której olbrzymia flotylla wojenna miała siać postrach na zachodnich wybrzeżach Europy. Badacze tych legend teoretyzowali nawet, iż właśnie wyspy brytyjskie stały się areną zaciekłej walki Atlantydów i tajemniczej cywilizacji, która wzniosła system umocnień w Szkocji, ale i zapewne na całych wyspach brytyjskich (analogiczne ruiny znajdujemy bowiem w Irlandii i w Anglii - w hrabstwie Sussex). Zeszklone ruiny wskazują, iż obrońcy przegrali tę walkę, a cywilizacja, która je wzniosła uległa zagładzie.

Czy są to ślady wojen atomowych? Czy też ludzkość sama wynalazła w zamierzchłych czasach niesłychanie potężną broń chemiczną? Oficjalne datowania fortów wskazują na tysięczny rok pne, jako moment ich konstrukcji. Jest jednak oczywiste, iż metoda radioaktywnego węgla 14C jest całkowicie zawodna, jeśli chodzi o datowanie szczątków nieorganicznych. Faktycznie więc, budowle te mogą być znacznie starsze i tak pewnie jest. Jeśli zaakceptować ciężko weryfikowalną hipotezę o najeździe Atlantydów musielibyśmy ustalić datę na jakieś 12 tysięcy lat - w czasach przed potopem. Potwierdzenie dostarcza nam mitologia celtycka, która wspomina o wojnie toczonej w zamierzchłych czasach [na długo przed przybyciem Celtów na wyspy] przez tamtejsze ludy z morskimi demonami. Wkrótce po tej wojnie ogromne obszary lądu miały zostać zalane, co doprowadziło do odcięcia Irlandii i Brytanii od kontynentu. Opowieść ta, jak ulał pasuje do tezy 'atlantydzkiej'. Pamiętać też należy o tym, iż Celtowie, którzy przybyli w ten rejon w połowie pierwszego tysiąclecia pne, nie mieli najmniejszego pojęcia o budowniczych fortów. Poza nielicznymi, koloryzowanymi opowieściami o starożytnej apokalipsie nie wiedzieli nic o faktycznych budowniczych, co sugeruje po pierwsze znacznie odleglejszą w czasie datę konstrukcji twierdz, a po drugie gwałtowny koniec ich cywilizacji, która nie tyle upadła, co zginęła gwałtowną śmiercią nie pozostawiając po sobie nic, poza tajemniczymi ruinami.

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1173
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Wojna nuklearna sprzed 5 tyś lat - książka (ebook)

Post autor: janusz » 20 września 2011, 17:35

W odległym regionie północnych Indii, w rejonie Srinagaru na wyżynie Kaszmiru doszukać się możemy ruin o innym charakterze. Nie są to spalone miasta, ale rumowisko będące wynikiem kataklizmu, który dosłownie potłukł monumentalne kamienne budowle w drobny mak. Mówię tu o ruinach Parhaspuru. W centrum tego niegdyś wspaniałego miasta stała piramida - do dziś możemy doszukać się jej tarasowatych fundamentów. Wszędzie dalej jest już tylko kamienna pustynia popękanych, rozbitych i roztrzaskanych kamieni, tak jak gdyby mityczny olbrzym uderzył ogromnym młotem i jednym uderzeniem zrównał z ziemią całą budowlę, całe miasto. Wszędzie pełno jest porozrzucanych na wielkie odległości obrobionych bloków kamiennych, strzaskanych skał będących niegdyś częściami budynków. Wszystkie odłamki pokryte są lśniącą glazurą, jak gdyby poddane były działaniu ogromnej temperatury. Obraz niezmierzonego chaosu zakłócają jedynie ślady ludzkiej grabieży zagarniającej nadające się do wykorzystania odłamki. Nie są to zwykłe ruiny, pozostałości miasta popadłego w ruinę, zniszczonego w czasie najazdu, opuszczonego, spalonego, rozpadłego pod wpływem czasu i erozji. Parhaspur zostało zniszczone jednym gwałtownym uderzeniem, którego niszcząca energia rozchodziła się od miejsca epicentrum wybuchu. Rozbite budowle zostały następnie poddane działaniu niesłychanie wysokich temperatur. Zniszczenie w wyniku jednej eksplozji potwierdza symetryczność zniszczeń - rozchodzących się po okręgu, z podobnej wielkości blokami rzuconymi na podobną odległość. Zniszczenie zakończyło się totalną zagładą miasta, które w okresie swej świetności mogło liczyć kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców.

Podążając na południe od Kaszmiru wkraczamy w doliny. Pomiędzy górami Radżmahal, a Gangesem ponownie natrafiamy na zeszklone formacje, pozostałości gmachów stopionych przez wysokie temperatury, oprócz zeszklonej powierzchni i nadtopionych kształtów charakteryzują się one obecnością specyficznych bąbli - zastygłych baniek powietrza powstałych, gdy dostało się ono pod płynną warstwę roztopionej skały. Oczywiście pozostałości te w żadnym wypadku nie są efektem działalności wulkanicznej, więcej powstały już PO wzniesieniu budowli. Znajdziemy tam także coś więcej - radioaktywne szkielety. Odnalazł je słynny badacz de Camp, podając jednocześnie, iż wartość napromieniowania pięćdziesięciokrotnie przekraczała normę. Potwierdziły to ekspedycje radzieckich archeologów. W okolicy oczywiście brak naturalnego źródła promieniowania.

Na zachodzie Indii znajduje się dolina innej wielkiej rzeki - Indusu. Zlokalizowane w niej miasto Mohendżo Daro było obok Harappy wielkim ośrodkiem handlowym utrzymującym kontakty z Indiami, Sumerem i innymi kulturami Bliskiego Wschodu. Ogromna aglomeracja osiągnęła szczyt swojego rozwoju 5 tysięcy lat temu i... nagle przestała istnieć, niemal z dnia na dzień. Jeden z czołowych badaczy David W. Davenport otwarcie przyznał, iż ruiny miasta wyraźnie wskazują na dawną katastrofę atomową. Nawet konserwatywni archeologowie milkną w obliczu totalnego zniszczenia i przyznają, iż nie mogło do tego dojść stopniowo - mamy tu do czynienia z gwałtowną katastrofą na ogromną skalę. Archeologowie nazywają ten obszar 'miejscem śmierci' i jest to ze wszech miar trafne określenie, gdy weźmie się pod uwagę, iż szacowana liczba ofiar ludzkich wyniosła tylko w chwili samej eksplozji najmniej 30 tysięcy! Odnalezione szkielety były w straszliwy sposób zdeformowane, zgniecione, połamane. Wymieszane między sobą kości wyraźnie wskazują na śmierć w wyniku niespodziewanej katastrofy, podobnie jak to możemy obserwować w Pompejach. Pomiary napromieniowania wykazały 20-krotne przekroczenie normalnych wartości.

Wszystko świadczy na rzecz teorii o olbrzymiej katastrofie jako źródle zagłady. Czy był to jednak kataklizm naturalny? Wiele wskazuje, że nie, po pierwsze należy wykluczyć działalność wulkaniczną, która mogłaby by być ewentualnym źródłem promieniowania i śladów wysokiej temperatury, którą określa się w tym przypadku na 2200 oC, warto przy tym zauważyć, iż zgadza się to z proponowanymi przeze mnie wyliczeniami dotyczącymi zeszklonych fortów w Szkocji. Archeolodzy musieli się sporo nagłówkować, zanim doszli do tego, iż dziwne czarne grudy to najzwyklejsze gliniane naczynia... całkowicie stopione. Podobnie, jak w przypadku Kaszmiru, tak i tu epicentrum eksplozji to środek miasta. Im dalej tym zniszczenia są mniejsze.

W zupełnie innym rejonie świata, w stanie Piaui w Brazylii znajduje się miejscowość zwana Sete Cidades (Siedem Miast), gdzie odnajdziemy jeszcze bardziej fascynujące ruiny. Zniszczenia, jakie tu nastąpiły przekraczają wszystko to, z czym dotychczas się spotkaliśmy, skały są tak stopione, pokryte bąblami - pęcherzami, zaciekami płynnej masy na powierzchni, zespolone ze sobą tak ściśle, że ciężko orzec, czy mamy do czynienia z jednolitą skałą, czy warstwami skał stopionych w jedność. Obraz jaki prezentuje nam Siedem Miast najbardziej przypomina efekt działań sił przyrody, ale po pierwsze brak na to dowodów, po drugie nigdzie więcej w okolicy nie spotkamy podobnego widoku, po trzecie - w całym tym chaosie da się odnaleźć pewien porządek. Ruiny układają się w siedem części rozdzielonych szerokimi 'arteriami', od których odbiegają liczne wąskie 'dróżki'. Jaka jest prawda dotycząca Sete Cidades, tego się chyba nigdy nie dowiemy. Faktem jest, iż wszystko tu pasuje do naszego schematu, a identyczne [również co do struktury kompleksu!] ruiny odnajdujemy na Wyspach Kanaryjskich i w okolicy miasta Darwin w Australii.

Zeszklonych pozostałości dawnych kompleksów pełno jest również w Andach, choć tu gdzieniegdzie mogą wchodzić w grę wulkany. Jednak przynajmniej jedno miejsce pozostaje poza wszelkimi wątpliwościami, co do nienaturalnego charakteru jego pochodzenia: prastara twierdza Sacsayhuaman w Peru. Ogromne bloki ważące po 100 ton, przykłady najdoskonalszej obróbki kamienia w dziejach ludzkości (Robert Charroux sugeruje obróbkę chemiczną skał), a wszystko to na wysokości 3500-3800 metrów nad poziomem morza. Robi to ogromne wrażenie, ale prawdziwa zagadka czai się nieco wyżej, na rozciągającym się za twierdzą płaskowyżu. Ogromne, kilkunastometrowe skalne bloki, są ogarnięte całkowitym chaosem: połamane, popękane, poprzesuwane ze swych pierwotnych miejsce ułożenia, wręcz wywrócone do góry nogami! Ogromne skalne pozostałości niegdysiejszego kompleksu są rozrzucone na całym terenie jak dziecięce klocki. Nauka nie jest wstanie udzielić odpowiedzi nie tylko na pytanie: co się stało, co strzaskało, zmiażdżyło wszystkie te monumentalne budynki, nauka nie wie nawet, jak je zdołano wykonać... Oczywiście również i tu nie brak śladów wysokich temperatur i stopionych skał. Miejsca największych zniszczeń charakteryzują się podniesionym poziomem napromieniowania.

W rejonie Pacyfiku i wschodniej Azji również nie brak podobnych przykładów. W 1961 roku profesor historii starożytnej uniwersytetu w Pekinie - Czi Pen-Lao dokonał intrygującego odkrycia w Dolinie Kamieni na zachód od miasta Joyang na pogórzu masywu Honan, na południowym brzegu jeziora Tungting. Odnalazł mianowicie częściowo zachowany system podziemnych tuneli, których pierwszy poziom znajdował się na głębokości 32 metrów pod powierzchnią gruntu. Po dokładniejszych badań okazało się, że prowadzą pod powierzchnię jeziora! Tunele i podziemne hale mają stopione ściany, jakby ktoś wypalił je przy użyciu nieznanego urządzenia. Nie jest to oczywiście ślad eksplozji nuklearnej, ale czemu ludzie tak często w dawnych czasach chowali się pod ziemią, a często i pod wodą? Czy czasem nie uciekając od niszczącego powierzchnię zniszczenia i zwłaszcza promieniowania pochodzącego z wybuchów pocisków atomowych? Na marginesie tylko wspomnę, że na ścianie tych tuneli odnajdujemy rysunki naskalne, na których postaci trzymają przedmioty do złudzenia przypominające... współczesne karabiny! Podobne podziemne kompleksy na niewiarygodnie wielką skalę odnajdziemy w całej Ameryce Południowej [patrz Kronika z Akakor], Północnej i Turcji. Ich skala przywodzi na myśl tylko jedne - podziemne miasto pod Pekinem przygotowane specjalnie z myślą o wojnie atomowej...

Budzące największe kontrowersje tunele znajdują się w kalifornijskiej Dolinie Śmierci. Oto cytat z 'Tajemnic zaginionych ras' autorstwa Rene Noorbergen'a:

Najliczniejsze zeszklone ruiny w Nowy Świecie [Ameryce] zlokalizowane są w zachodniej części Stanów Zjednoczonych. W roku 1850 amerykański badacz, kapitan lves William Walker, był pierwszym, który ujrzał te ruiny w Dolinie Śmierci [Death Yalley]. Odkrył on miasto o długości około mili [1,6 km] z wciąż widocznymi pasmami ulic i miejscami posadowienia budynków. W jego środku odkrył olbrzymią skałę o wysokości około 20-30 stóp [6-9 m] z resztkami jakiejś ogromnej konstrukcji na szczycie. Południowe strony, zarówno skały, jak i budynku, były stopione i zeszklone. Walker przyjął, że przyczyną tego był wulkan, jednak w tamtej okolicy nie ma wulkanów. Poza tym ciepło pochodzenia tektonicznego nie mogłoby spowodować tego rodzaju upłynnienia powierzchni skały.

Współpracownik kapitana Walkera, który poszedł śladem jego pierwotnych badań, powiedział: Cały region między rzekami Gila i San Juan pokryty jest ruinami. Znajdują się tam ruiny miast, które musiały być znacznych rozmiarów. Są one spalone i częściowo zeszklone, pełne stopionych kamieni i kraterów wyżłobionych przez płomienie wystarczająco gorące, aby spowodować upłynnienie skały lub metalu. Są tam kamienie chodnikowe i domy z olbrzymimi pęknięciami... [które wyglądają tak, jakby] zostały zniszczone gigantycznym ogniowym pługiem.

Istnienie zaginionych ruin w tym regionie wciąż jest nierozstrzygnięte. Jak się zaraz przekonamy mimo istniejących odkryć, badaczom NIE udało się ponownie trafić w to samo miejsce! Przynajmniej taką sytuację opisuje Jim Brandon:

Legendy Pajutów mówią o mieście położonym pod Doliną Śmierci, które nazywają Shin-au-av. Tom Wilson, indiański przewodnik utrzymywał w latach dwudziestych, że jego dziadek ponownie odkrył to miasto, kiedy trafił przypadkowo do długiego na milę [1,6 km] labiryntu jaskiń położonych pod powierzchnią doliny. W końcu dotarł do podziemnego miasta, gdzie spotkał ludzi mówiących nie­zrozumiałym językiem i noszących ubiory wykonane z piór. Wilson opowiedział tę historię po tym, jak poszukiwacz nazwiskiem White oświadczył, że wpadł do szybu opuszczonej kopalni na przełęczy Wingate i trafił do nieznanego tunelu, który przechodził przez szereg pomieszczeń, w których White znalazł setki odzianych w skóry mumii ludzkiego kształtu. Były tam złote sztabki poukładane w stosy, jak cegły, i upakowane w pojemnikach.

White utrzymywał, że badał te jaskinie trzykrotnie. W jednej z tych wypraw towarzyszyła mu żona, a w następnej jego partner, Fred Thomason. Nikt z nich nie potrafił ich jednak znaleźć, kiedy trzeba było zaprowadzić do nich grupę archeologów, którzy zgodzili się je zbadać.

Nie dysponuję niestety informacjami o ostatnich latach poszukiwań prowadzonych w tym regionie, ale myślę, że przynajmniej w części okażą się one prawdą. Dawno już nauczyłem się traktować z należytym szacunkiem i powagą mity i legendy, a dodatkowym potwierdzeniem są odkryte w kanionie Titus petroglify nieznanego pochodzenia, co do których sami Indianie się nie przyznają, więcej - podchodzą do tych pozostałości dawnej cywilizacji z nabożnym lękiem i strachem. Niektórzy badacze skłonni są przypuścić nawet, iż jest to pozostałość po kulturze, która rozwijała się w Ameryce PRZED pojawieniem się tam przodków późniejszych Indian! O tym jak mało wiemy o rzeczywistych dziejach Ameryki niech świadczą następujące fakty, których zresztą dałoby się doszukać znacznie więcej:

* wizerunki dinozaurów, a także ślady dinozaurów i ludzi(?) w jednej warstwie skalnej
* wizerunki słoni w Ameryce Południowej, które nigdy w Ameryce nie żyły, zaś mamuty nigdy w te rejony nie dotarły,
* świątynia Chavin de Huantar, będąca dokładnym odbiciem świątyni jerozolimskiej,
* negroidalne rysy twarzy w rzeźbach Olmeków
* szkielety ludzi białej rasy liczące sobie wiele tysięcy lat, a odnalezione we wschodniej części USA,
* podwodne budowle i piramidy na wyspach Bahama [archipelag Bimini], a także w wodach jezior północnoamerykańskich,
* liczne figurki 'Chińczyków' w Ameryce Środkowej.

Staram się nie przyjmować niczego bez wystarczającej liczby dowodów mogących świadczyć za daną teorią. W tym przypadku jedynie sygnalizuję fakt, iż w podziemnych miastach pod Górami Skalistymi może się kryć wiele niespodzianek. A przy okazji znów pojawiają nam się olbrzymie podziemne kompleksy, wybudowane... no właśnie po co? Po co w odległej przeszłości powstawały tysiące kilometrów podziemnych korytarzy, których sieć oplatała Chiny, Turcje, olbrzymie połacie Ameryki Południowej [n/p Ekwador], zachodniej części USA i zapewne wiele innych miejsc? Wybudowanie tych kompleksów nie byłoby proste nawet dziś, a przecież zostają do rozwiązania takie problemy, jak doprowadzenie światła, powietrza, wody, zabezpieczenie kompleksu przez zniszczeniem... Tylko wyjątkowa potrzeba mogła ludzi pchnąć do podjęcia tego dzieła. Więcej o podziemnych miastach możecie poczytać w cyklu Kronika z Akakor.

W blisko sto lat po odkryciu Walkera świat obiegła elektryzująca wieść - grupa archeologów pod wodzą Howarda Hill'a oświadczyła, iż w jaskiniach Kalifornii zlokalizowała ślady cywilizacji stworzonej przez istoty o wysokości blisko trzech metrów. W podziemnych kompleksie odkryć miano mumie ludzi i zwierząt, narzędzia datowane na 80 tysięcy lat! Obszar ukrytego pod górami miasta to 32 jaskinie na obszarze blisko pół tysiąca kilometrów kwadratowych! Obok szczątków ludzkich znaleziono podobno szkielety dinozaurów i tygrysów szablozębych. Podniesiono oczywiście, że zagładę dinozaurów i pojawienie się wielkich kotów dzieli 10 do 13 milionów lat, ale... ślady istot ludzkich i dinozaurów razem są faktem, który też w żaden sposób nie przystaje do oficjalnej chronologii dziejów. Szczególną uwagę zwraca fakt, iż były to szczątki ściśle uszeregowane i poukładane obok siebie, jak dzisiaj w muzeum, ich wiek mógł być więc faktycznie różny.

Nie wiem, czy odkrycie to rzeczywiście miało miejsce, dziś po ponad 50 latach od tego spektakularnego odkrycia ciężko jest zweryfikować tamte relacje. Faktem jest, że środowisko archeologów potraktowało sprawę z lekceważeniem przemilczając odkrycie, bądź próbując je za wszelką cenę zdyskredytować. Takie działanie czynników oficjalnych wielokrotnie oznaczało już, iż 'szaleni' odkrywcy mieli rację [o najsłynniejszej ofierze nauki możecie przeczytać w dziele Tajemnice - Szyb Gatenbrinka]. Zaś chyba największy śmiech wzbudziła relacja o technicznych urządzeniach, które w/d Hilla miały wykorzystywać fale radiowe do gotowania żywności... Kuchenki mikrofalowe 80 tysięcy lat temu? Czysta głupota, prawda? Ale gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż Hill w ogóle nie znał takiego wynalazku [w 1947 roku nikomu się nie śniły mikrofale], cała sprawa wygląda wyjątkowo tajemniczo.

Podkreślam jeszcze raz - powyższa historia jest na tyle słabo udokumentowana, że cieżko wyrokować o jej prawdziwości. Nie odrzucałbym jej jednak tylko z tego powodu. Wracając zaś do głównego wątku moich rozważań, chciałem tytułem zakończenia zasygnalizować jeszcze jedno miejsce, gdzie dowody mogą wskazywać na potwierdzenie tezy o starożytnych wojnach atomowych.

Odkrył je na pacyficznej wysepce Tarawa, Erich von Däniken. To krąg ziemi otoczonej murem z kamieni, w którym NIC nie rośnie i to nie dlatego, że ktoś plewi tu ziemię, bądź też nie nadaje się ona dla roślinności. Nic z tych rzeczy, po prostu nic w tym miejscu nie zdołało się zakorzenić, nic nie zdołało przeżyć. Ludziom również nie wolno wchodzić do zamkniętej strefy. Efekt silnego skażenia radioaktywnego?

Równie ciekawe wiadomości w tym temacie w poniższym linku.
http://herkimer.blog.onet.pl/Wedy-swiad ... 98553481,n

laik
Posty: 1
Rejestracja: 23 października 2011, 21:12

Re: Wojna nuklearna sprzed 5 tyś lat - książka (ebook)

Post autor: laik » 23 października 2011, 21:16

kurcze bardzo ciekawe to jest,tylko troszke duzo czytania.ale naprawde warto.nie znam sie na tym wogole,jestem laikiem ale uwazam ze cos wtym jest.to moze byc prawda.

Awatar użytkownika
chanell
Posty: 453
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 23:54
Lokalizacja: Kraków - PL

Re: Wojna nuklearna sprzed 5 tyś lat - książka (ebook)

Post autor: chanell » 24 października 2011, 21:53

laik pisze:kurcze bardzo ciekawe to jest,tylko troszke duzo czytania.ale naprawde warto.nie znam sie na tym wogole,jestem laikiem ale uwazam ze cos wtym jest.to moze byc prawda.

Witaj na naszym forum laik:) To jest bardzo pasjonujące dowiadywać się o takich rzeczach.Istnieje wiele publikacji na ten temat,musisz wiele nadrobić :D Najlepiej już się bierz do czytania :)
Polecam :
Nieznana historia człowieka
35 milionów lat temu:Utworzyła się inteligentna eteryczna cywilizacja określana jako opiekunowie Ziemi. Została ona stworzona po to , by zapewnić ochronę fizyczną planety.

26 milionów lat temu: Kolonie Dinoidów ( z konstelacji Oriona w systemie Bellatrix ) i Reptoidów ( z jednej z mniej znanych gwiazd (planet) w konstelacji Sagittariusa) pojawiły się i skolonizowały Ziemię. Ziemskie hierarchie duchowe ( niematerialne, eteryczne?) okazały wiele przyjaźni tym koloniom. Reptoidzi i Dinoidzi pozwolili ssakom ziemskim rozwinąć się do stadium inteligentnych sług, istot wykorzystywanych. Nazwano je "Pre-cataceans". Pre-cataceans dostarczały obfitego pożywienia wszystkim trzem koloniom w zamian za technologię (która w przyszłości miałą polepszyć ich produkcję i może byt). Trzy cywilizacje egzystowały w harmonii przez 8 milionów lat. Wszystkie trzy cywilizacje rozwijały formy podróży w czasie i przestrzeni. Pre-cataceans rozlegle rozwijały swoją duchową stronę ( psychiczne umiejętności).

10 milionów lat temu: Dinoidzi i sojusz Reptoidów ( z Bellatrix ) przybyli na Ziemię, by powstrzymać wpółpracę z Pre-cataceans, uważali oni, że są wyżsi, lepsi od innych istnień i zatem powinni je kontrolować. Przez następne 10000 lat Dinoidzi i sojusz Reptoidów mieli coraz większy wpływ na ziemskich Dinoidów i Reptoidów. Dinoidzi i Reptoidzi w ciągu tych 10000 lat zdecydowali zniszczyć całą rasę Pre-cataceans poprzez rozmaite taktyki wojny psychologicznej. Pre-cataceans boleśnie odczuli działania kolonistów.

8 milionów lat temu: Pre-cataceans podzielili się na dwie grupy, pierwsza wyemigrowała z systemu słonecznego ( do konstelacji Pegazusa i Cetusa ), druga grupa zmieniła się fizycznie tak, że mogła wejść do oceanu i tam znaleźć schronienie. Ten proces transformacji trwał ponad cztery miliony lat i ówcześni Pra-cataceans stali się dzisiejszymi Cataceans ( wieloryby i delfiny ). Pre-cataceans zniszczyli 98% cywilizacji Dinoidów i Reptoidów. Pozostałe 2% zostały wysłane na planetę Maldek, poza układem słonecznym(?). Gdy na Ziemi zabrakło Dinoidów i Reptoidów duchowe hierarchie ziemskie Cataceans musiały znaleźć innego obrońcę lądu. Przeszukano obszar w promieniu 80 lat swietlnych od słońca, Po dwóch-trzech milionach lat przeszukiwania na czwartej planecie w systemie Vega znaleziono prymitywny wodny gatunek, który właśnie zaczął wychodzić na ląd. Ten gatunek miał własny system porozumiewania się, umiejętności łowieckie i w zbieraniu plonów. Duchowe hierarchie systemu Vega zgodziły się na to, by ten osobliwy gatunek został zmieniony genetycznie co pozwoli na szybszy rozwój ewolucyjny, w wyniku którego stałby się gatunkiem opiekunów. Przodkowie pierwszych ludzi, znajdujący się w systemie gwiazdy Vegi, rozwijali swoją technologię tak, że w pewnym momencie mogli emigrowac do sąsiednich systemów gwiezdnych.

4 miliony lat przed naszą erą: Powstała Federacja Galaktyczna. Syriusz B został skolonizowany. Ziemia została wyznaczona na kolejną planetę do kolonizacji. 2 miliony lat przed naszą erą Mars i Wenus zostały skolonizowane. Na Ziemi znalazły się kolonie Hyborneów. Milion lat przed naszą erą Przez cały ten czas Dinoidzi i Reptoidzi wzrastają w siłę. Dinoidzi i Reptodzi zaatakowali obydwa nasze systemy słoneczne a także inne sąsiadujące z nimi. Koloniści na Ziemi ( Hyborneowie ), Marsie i Wenus zostali całkowicie zniszczeni przez Dinoidów i Reptoidów. Dinoidzi i Reptoidzi przejęli kontrolę nad całym systemem słonecznym na okres 80000 lat. W wyniku tego Federacja Galaktyczna wypowiedziała im wojnę by z powrotem skolonizować ten system. Zniszczono planetę Maldek-siedzibę Dinoidów i Reptoidów inną planetą o średnicy cztery razy większej od średnicy Ziemi. Resztkami planety Maldek są dzisiejsze Asteroidy.

900000 lat przed naszą erą:Kolonia zwana Lemurią została osadzona na Ziemi. Przez następne 850000 lat Lemurianie rozciągneli swe terytorium na prawą półkulę Ziemi.

500000 lat przed naszą erą: Lemurianie zasiedlili kolonie zwane córkami kolonii ( Atlantyda, Yu-dzisiejsze Centralne Chiny i Tybet a także Liban i Egipt.

100000 lat przed naszą erą: Atlantyda,Yu, Liban i Egipt są włączone do imperium. Koloniści odkryli, że mieszkańcy Atlantydy poczuli, że to oni powinni zostać "Matką Imperium" toteż szybko uświadomili sobie, że muszą zniszczyć Lemurian by objąć pełną władzę. Mieszkańcy Atlantydy zawarli przymierze z Renegatami Pleidiansami i Alpha Centurianami, by rozwinąć własną technologię.

25000 lat przed naszą erą: Po bezczynnym długoletnim oczekiwaniu na właściwy moment by zaatakować imperium Lemurian, mieszkańcy Atlantydy zdecydowali się na zniszczenie Lemurii przy pomocy Renegatów. Dokonali tego przez wybicie drugiego księżyca Ziemi z orbity ( Ziemia miała wtedy dwa księżyce ), przy pomocy wielkiej siły grawitacyjnej wytworzonej sztucznie.Księżyc został przyciągnięty bardzo blisko lemuriańskiego imperium i zniszczony, to wywołało katastroficzny w skutkach deszcz meteorytów. Została zniszczona większa część Lemurii, wywołało to także wielkie ruchy tektoniczne a w ich wyniku zatonęła bardzo duża część kontynentu Lemurian.

Od Atlantydy do Potopu: Imperium nie poddało się hierarchi wprowadzonej przez mieszkańców Atlantydy, więc przemocą jego mieszkańcy zostali osadzeni pod ziemią.Mieszkańcy Yu utworzyli królestwo Agarthy. Mieszkańcy Atlantydy natomiast utworzyli 10 okręgów, w każdym z nich rządził król, ci królowie wspólnie tworzyli rząd Atlantydy.

25000 - 15000 lat przed naszą erą: Rząd Atlantydy zdecydował, że w ich państwie potrzebne są nowe formy rządzenia w których klasa rządzaca byłaby bardziej ustabilizowana i trwała, usprawiedliwiali to tym, że zostali wybrani przez Boga. Autokracja została dopiero stworzona i nie powinna wymykać się spod kontroli. Mieszkańcy Atlantydy zaczęli robić ekperymenty z ludzkim DNA w celu utworzenia rasy im uległej. Te doświadczenia wpływały na ludzi zmniejszając ich świadomośc i zdolności psychiczno-duchowe. Przez te wszystkie lata wybuchały powstania mające na celu przywrócenie porządku i niezależności Lemurian. Zbuntowane imperia zaatakowały "Kryształowe Świątynie" ( które były odpowiedzialne za utrzymywanie w nienaruszonym stanie zamrożonej warstwy wody około 30000 stóp nad Ziemią, która chroniła ludzi na planecie przed szkodliwym oddziaływaniem promieni słonecznych a także utrzymywała stałą pogodę). W wyniku szturmów na Świątynie miliony galonów wody w formie lodu spadły na Ziemię i stopiły się. W ten sposób powstała powódź znana z Biblii jako "Potop". Zanik warstwy ochronnej spowodował cykliczne zmiany klimatu, zwane dzisiaj porami roku.

Po Potopie: Tylko ok. dwóch milionów ludzi przetrwało powódź (z 65 milionów żyjących wcześniej). Niestety wielu z przetrwałych było mutantami ( tymi, którzy zostali genetycznie zmienieni przez mieszkańców Atlantydy ). Różni renegaci ( z Fleidesa, Alpha i Beta Centaurii ) znaleźli się w różnych miejscach na Ziemi. Po Potopie chcieli ustabilizować własne ideologie czy filozofię i skończyć życie niezgodne z prawem. Ludzie, którzy nie mieli własnej woli ( mowa o mutantach ) byli wykorzystywani przez renegatów. Żadna forma sprzeciwu wobec tych nowych "Bogów" nie była tolerowana. Ludzie rozwijali się, budowali swą nowa kulturę czcząc władców-Bogów. Obecnie żyjemy w czasach, które przyniosą koniec dziesięciu tysiącom lat rządów opartych na wykorzystywaniu niskiej świadomości ludzkiej i przyniosą czasy, w których będzie się robić wszystko świadomie. To będzie nagroda dla naszego systemu słonecznego, który spotka się ze "Świetlnym Kręgiem".

Powyższy, wielce interesujący materiał, zwraca uwagę na możliwość pozaziemskiego pochodzenia rasy ludzkiej i powiązań z innymi cywilizacjami oraz działalności kolonizacyjnej obcych ras. Gdzie mogą mieć swe źródło takie informacje? Niewątpliwie w materiałach ufologicznych zawierających relacje spotkań z ufo i ich załogami a wśród nich zeznania świadków spotkań o przekazywanych im informacjach, wśród których często zdarzają się przekazy o historii Ziemi, pochodzeniu ludzi. Informacja o pochodzeniu rasy ludzkiej z systemu gwiazdy Vegi znajduje swe potwierdzenie w przekazach Plejadan kontaktujących się w Szwajcari z Billy Meierem, niebogatym, jednorękim człowiekiem. Obecna rasa ludzka jest też według przekazów Obcych mieszaniną różnych ras-odmian ludzkich i posiada swych krewnych na innych systemach planetarnych. Nasza cywilizacja dźwiga się z upadku po katastrofie będąc dotąd wykorzystywana, manipulowana i kontrolowana w różny sposób. Być może do tego celu służą między innymi różne religie rozpowszechnione na Ziemi, stanowiące ponoć zjawisko dość wyjątkowe w grupie cywilizacji naszej galaktyki. Świadomość ludzi o swym pochodzeniu i miejscu w kosmosie dopiero się budzi, rozwija w miarę rozwoju nauki, technologii oraz sygnałów o zjawiskach niewytłumaczalnych, UFO itp. Do naszej świadomości dochodzą i dochodzić będą coraz to nowe szokujące informacje. Jeżeli w powyższym materiale jest ziarno prawdy, będziemy musieli się z tym stopniowo oswajać i przyzwyczajać do nowej rzeczywistości. Według prognoz prof. Pająka ludzie zbudują za 30-50 lat pierwsze magnokrafty a później ich doskonalsze wersje ( za ok. 200 lat ) pozwalające na podróże gwiezdne, podróże teleportacyjne(napęd telekinetyczny), manipulacje z czasem. Tym samym posiądą umiejętność i możliwość badania innych systemów planetarnych, ich kolonizacji oraz kontaktów z innymi cywilizacjami.



MishA

http://bogowie.org.pl/baza.php3?ido=11&poz=23

Miłego czytania :) bo to dopiero początek :D
Lubię śpiewać ,lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy :)

ODPOWIEDZ