Zamek w Niedzicy

Awatar użytkownika
Blad
Posty: 550
Rejestracja: 12 stycznia 2011, 20:33
Lokalizacja: UK
Kontakt:

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: Blad » 18 stycznia 2011, 15:56

Witam wszystkich
Może to coś wniesie nowego w tę ciekawą dyskusję Wink
http://greggs.fotosik.pl/albumy/800154.html

Trzeba "pochodzić" po zdjeciach z albumu a następnie je powiększyć.
Wszystko jest trudne dopóki nie stanie się proste
Wędzonki, kiełbasa, szynka
http://www.smokedsausage.uk

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1173
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: janusz » 18 stycznia 2011, 15:57

Toż to ta sama pani, która badała Ślężę.

Awatar użytkownika
Blad
Posty: 550
Rejestracja: 12 stycznia 2011, 20:33
Lokalizacja: UK
Kontakt:

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: Blad » 18 stycznia 2011, 15:57

No właśnie. Ta sama. Cały ubiegły rok było bardzo głośno o niej i projektach w których bierze udział. Czwarty Wymiar prawie co drugi miesiąc zdawał relacje. Dlatego przytaczam w różnych działach linki do artykułów na ten temat. Wydaje się, że są to najnowsze rewelacje... Swoją drogą, ciekawy jestem, czy ktoś z badaczy(historyków, archeologów, badaczy nieznanego) zainteresował się nią i jej odkryciami? Oprócz informacji, ze był u niej Andrzej Kapłanek związany z Projektem Cheops, nic więcej nie wiadomo. Jesli nie liczyć wsółpracy z Aleksandrem Rowińskim, który poświęcił 30 lat na badania niedzickiej legendy. Z drugiej strony, coś musiało być na rzeczy, jeśli ten, szanowany w literackich kręgach, pisarz i reporter znany raczej z literatury faktu zdecydował się na współpracę z medium, bądź co bądź postacią kontrowersyjną. Musiała go czymś przekonać do siebie i swojej pracy. Miejmy tylko nadzieję,że wspólnie doprowadzą dzieło do końca...
Wszystko jest trudne dopóki nie stanie się proste
Wędzonki, kiełbasa, szynka
http://www.smokedsausage.uk

Awatar użytkownika
chanell
Posty: 453
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 23:54
Lokalizacja: Kraków - PL

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: chanell » 20 sierpnia 2011, 11:34

Historia tego zamku i miejsca wraca do mnie jak bumerang.Może dlatego że ,spędziłam w tych okolicach wiele czasu i stamtąd sa moje korzenie

Pieniny: Duchy i ukryte skarby


Jednym z takich magicznych miejsc w Polsce, którego nie wolno przeoczyć, jest zamek w Niedzicy. Zamek rycerski, położony na skalistej górze, stromo schodzącej w wody Dunajca na granicy Pienin i Pogórza Spisko-Gubałowskiego, na terenie ośrodka wypoczynkowego Niedzica.

Fundatorem twierdzy, zwanej pierwotnie Dunajec, był prawdopodobnie właściciel całej okolicy, poddany króla węgierskiego Kokosz Berzeviczy z Tyrolu. Kolejno rządziła zamkiem rodzina Emeryka Zapoly i Jerzego Horwath'a z Palocsy, która go rozbudowała i przebudowała.
Zamek jest w dobrym stanie. Można zwiedzać średniowieczną część górną oraz renesansową dolną. W pobliżu wybudowano potężną tamę. Aby zrealizować ten projekt, mimo sprzeciwów, wysiedlono mieszkańców okolicznych wiosek, zalano ich domostwa i zniszczono naturalny krajobraz.

Z zamkiem w Niedzicy wiąże się mnóstwo legend, także o duchach. Jedną z najciekawszych jest opowieść o księżniczce Brunhildzie i księciu Bogusławie "Łysym".
Cały artykuł i przekaz dźwiękowy na stronie : http://turystyka.interia.pl/polska/news ... 83374,3575
Lubię śpiewać ,lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy :)

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1173
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: janusz » 29 sierpnia 2011, 22:02

W najnowszym 9 numerze Nieznanego Świata, w artykule ''Łącznik z zaświatami'' poświęconym pani Tamarze Jermakowej jest wzmianka dotycząca nowych zdjęć do filmu o pobycie Inków w Polsce 2010.
Być może dojdzie również do rozpoczęcia kolejnych prac wykopaliskowych na zamku w Niedzicy.
Powstają projekty pełnego wykorzystania do tego zdolności medialnych pani Tamary. :)

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1173
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: janusz » 11 kwietnia 2012, 14:16

Film Testament Inków w poniższym linku.
http://www.instytutbadan.com.pl/slepy.php?id=15

Inkowie w Polsce

Czwarty Wymiar | Czwartek, 19 marca 2009

- Widzę długi pokój z dużymi oknami. Jest jasny i panuje cisza. On leży na drewnianym łóżku i cały

czas patrzy w sufit jak w ekran. Sufit nie jest biały, ale także jasny... On kaszle i ma gorączkę. Budzi

się i zasypia. W chwilach, kiedy nie śpi, wspomina swoje życie... Choroba go wycieńczyła, złamała

jego ducha. Czuje się oszukany i upokorzony. On..! Żałuje, że jest już tak stary. Gdyby był młodszy,

zająłby się wszystkim! Zresztą on im jeszcze pokaże…


Brakujące ogniwo

Wizja trwa. Tym razem jest to opis ostatnich chwil życia Sebastiana Berzewiczego, który otruty,

odwieziony zostaje do klasztoru augustianów w Krakowie. Medium, przerywanym głosem, jakby

wsłuchując się w coś i jednocześnie przypatrując się czemuś, widzianemu tylko przez siebie,

kontynuuje relację. By nic z tego co mówi nie umknęło mojej uwadze, skrupulatnie zapisuję wszystkie

słowa (nie korzystam z dyktafonu, gdyż jest zbyt zawodny). Z nich powoli zaczyna wyłaniać się obraz

wydarzeń rozgrywających się ponad 200 lat temu! Jednocześnie analityczny umysł reportera zaczyna

łączyć ze sobą w logiczną układankę nasze dotychczasowe ustalenia, kawałki luźnych wątków i

poszlaki. W tym momencie chcę krzyknąć: Przecież to brakujące ogniwo całej tej historii! Czyżby w

końcu udało się medium przebić przez warstwy astralnego pola i odnaleźć głęboko ukryty,

energetyczny zapis świadomości głównego bohatera niedzickiej legendy? Po tylu próbach wreszcie się

odezwał on – Sebastian... Dopiero teraz, dzięki bezpośredniemu kontaktowi, możemy zakończyć

rozszyfrowywanie tajemnicy dotyczącej obecności Inków w Polsce! Na usta cisną się setki pytań, ale

nie śmiem przerywać, gdyż wiem, że trzeba cierpliwie czekać na koniec przekazu. Staram się nawet

nie oddychać zbyt głośno, by nie zakłócić transu i nie zerwać tej delikatnej nici wiążącej medium z

przeszłością. Nawiązanie kontaktu z konkretnym duchem jest bowiem bardzo trudne. Nawet tak

fenomenalne medium musi się długo do tego przygotowywać. Najpierw stara się poczuć wibrację –

częstotliwość energetyczną związaną z danym duchem. To może być cokolwiek, byleby było związane

z jego postacią, np. portret, zdjęcie, jakaś pamiątka itp. Dopiero wtedy, odpowiednio nastrojone,

stara się mentalnie wniknąć w matrycę energetyczną jego świadomości.


Na początku naszej współpracy wiele razy, jako dziennikarz – badacz psychotronik, próbowałem

zrozumieć ten mechanizm, lecz pomimo iż w dostępnej literaturze istnieje wiele teorii, nie byłem w

stanie dokładnie opisać tego, czego byłem świadkiem. Nie mogłem dopasować sposobu działania

mojego medium do teoretycznych definicji opisujących media i ich zdolności. Współcześnie większość

osób o zdolnościach medialnych przekazuje wiadomości o treści osobistej, pochodzące od duchów

przyjaciół i krewnych, z którymi ktoś potrzebujący pragnie się skontaktować. Inni twierdzą, że Wyższe

Inteligencje przekazują za ich pośrednictwem ponadczasowe nauki dla całej ludzkości, dotyczące

bardzo wielu istotnych zagadnień. Informacje te mogą być transmitowane na rozmaite sposoby. Jedna

z takich dróg kontaktu znana jest pod nazwą „jasnosłyszenia”, kiedy to medium „słyszy” w swej głowie

słowa wypowiadane przez przewodnika i najczęściej je zapisuje. Jest to, tak popularny obecnie,

channeling.Najpowszechniejszy jednak sposób postępowania polega na wprowadzaniu się w stan

głębokiego transu. Przewodnik duchowy uzyskuje wtedy możliwość zawładnięcia ciałem i umysłem

medium, przemawiając bezpośrednio do zebranej publiczności, często w sposób zupełnie odmienny od

zwykłego sposobu mówienia medium. W moim przypadku okazało się, że medium, z którym

współpracuję jest wszystkim naraz, z tym wyjątkiem, że nie potrzebuje wprowadzenia się w trans i

samodzielnie może wybierać, z kim nawiąże kontakt. Do tego jest jeszcze genialnym psychometrą i

jasnowidzem. Ale nawet dysponując takimi zdolnościami, bardzo trudno jest pracować z przeszłością –

występuje zbyt dużo nawarstwiających się z biegiem czasu zakłóceń w otaczającym nas polu

magnetycznym. Powstają one w wyniku nakładania się na siebie świadomości innych, żyjących później

ludzi. To ich przeżycia i towarzyszące im emocje powodują szumy informacyjne, które przeszkadzają

w dotarciu do konkretnej świadomości i muszą być przez medium wielokrotnie filtrowane. Dlatego też,

chociaż wspólnie określamy tematykę, nigdy nie wiem, jaki będzie przebieg seansu. Czasem

następuje bezpośredni kontakt. Innym razem medium przenosi się w czasie i przestrzeni i opisuje

wydarzenia z pozycji obserwatora. Zresztą sam sposób narracji także jest nieprzewidywalny. Raz

opisuje wydarzenia jako naoczny świadek, zaraz potem występuje w pierwszej osobie, użyczając

swego ciała bohaterowi opisywanych wydarzeń, by po chwili powrócić do kontynuowania swej

opowieści z pewnego dystansu. W takich chwilach uważnie obserwuję medium. Już wiem, że każdy

gest, zmiana postawy, ochłodzenie i sztywność ciała, sposób mówienia i tembr głosu, są symptomem

rzeczywistego przeżywania wizji lub ewentualnej transmisji. To wyraźnie widać i teraz, gdy medium

relacjonuje przeżycia Sebastiana. Nagle głos urywa się w połowie zdania. Jeszcze przez chwilę próbuje

jakby nasłuchiwać, stara się coś jeszcze wychwycić. Twarz tężeje, widać duże napięcie i wysiłek. Po

chwili odpręża się, rozluźnia. To koniec przekazu. Wyczerpane fizycznie i psychicznie medium dochodzi

do siebie.

– Wygląda na to, że mamy już wszystko… – mówi.

Rzeczywiście, to już ostatni, zaplanowany przez nas, kończący roczną pracę seans. Mamy już

wystarczająco dużo materiału, by rozpocząć nowe, rzetelne, historyczno-dziennikarskie śledztwo..


Niesamowite zdolności

Pomysł, by wykorzystać medium do rozwiązywania zagadek historycznych, narodził się około 2005

roku, gdy osoba, z którą mam szczęście współpracować, po wielu moich naleganiach, wyraziła wstępną

zgodę na uczestniczenie w przygotowanych przeze mnie eksperymentach. Potrzebowałem czegoś, co w

pełni wykorzysta potencjał tkwiący w medium, gdyż sama zainteresowana, chociaż niezwykle

utalentowana i obdarzona wręcz fenomenalnymi zdolnościami, niechętnie swoje możliwości

demonstruje. Postanowiłem mianowicie medialnie weryfikować legendy o zamkowych duchach i

zjawach. Dotychczas nikt tego nie robił, a Tamara Jermakowa-Szymańska, znana i ceniona w Polsce,

przez większość ludzi postrzegana jest wyłącznie jako terapeutka. Tylko nieliczni wiedzą, co naprawdę

potrafi. Bierze się to z tego, że ona sama nie chce ujawniać innych swoich umiejętności, do których

zaliczyć można: jasnowidzenie, psychometrię, channeling oraz mediumizm. Tak to już jednak bywa,

że los płata nam figle i nie zawsze jest tak, jak chcielibyśmy, by było. I tak w pewnym momencie

zaczęli przychodzić do niej pacjenci, którzy, jak sami mówili, nie wiedzieli, dlaczego to robią. Jak

wynikało z ich słów, coś kazało im przyjść, coś wręcz nimi kierowało. Podczas wstępnej diagnozy

okazywało się, że zazwyczaj towarzyszy im duch zmarłego członka rodziny, który za pośrednictwem

medium pragnie z nimi kontaktu. Dla mnie, chociaż spędziłem z uzdrowicielką wiele czasu, była to

całkowita nowość i niebagatelna okazja do poznania i zgłębienia jej fenomenu. Proszę mi wierzyć,

trudno opisać niewiarygodność obserwowanych zdarzeń, zaskoczenie i towarzyszące wszystkim

obecnym silne emocje, gdy okazywało się, że medium potrafi nie tylko opisać wygląd zmarłego, ale

także mówić o rzeczach znanych tylko jego rodzinie, rozmawiając z nim jak z żywym!


Zaskakujące eksploracje

Wszystko to wzbudziło pragnienie wykorzystania tych niesamowitych zdolności, jak już

wspomniałem, do badania „niesławnych” miejsc, wzbudzających wśród lokalnych społeczności strach i

przerażenie. W tym celu odbyliśmy na próbę parę wypraw wraz z warszawskim dziennikarzem K.

Pietraszkiewiczem, który specjalnie przygotował marszruty po ciekawych z ezoterycznego punktu

widzenia miejscach. Chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że medium jest cudzoziemką i nie zna

zupełnie historii naszego kraju. Rezultaty badań przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Nie tylko

otrzymaliśmy potwierdzenie tego, co wiedzieliśmy, ale uzyskaliśmy także wiele nieznanych wcześniej,

dodatkowych informacji. Odbyliśmy również kilka wypraw do „świętych” miejsc, m.in. Szczyrku i

Gietrzwałdu oraz na górę Żar. Pozytywne wyniki doświadczeń zachęciły nas do jeszcze głębszej

eksploracji możliwości medium i przygotowania gruntu do trudniejszej pracy, którą było pozyskiwanie

informacji „zabranych do grobu”. Ideą przewodnią było udowodnienie przydatności medium w

badaniach archeologiczno-historycznych. Przewodnikiem i jednocześnie elementarzem rozszerzającym

naszą wiedzę dotyczącą nawiedzonych i przeklętych miejsc była książka pt. „Duchy polskie” Bogny

Wernichowskiej i Macieja Kozłowskiego. Przygotowując plan kolejnej wyprawy, analizowaliśmy zawarte

w niej informacje pod kątem dostępnych artefaktów, związanych z daną legendą. W ten sposób

natrafiliśmy na zamek Dunajec i legendę o inkaskiej księżniczce.

Obrazek
Na pierwszym planie Tamara Jermakowa-Szymańska oraz Aleksander Rowiński w restauracji po ciężkim dniu spędzonym w archiwach Znojma.

Legenda a prawda
Tak właśnie zaczęła się nasza przygoda. Rozpoczynając ją, nie mogliśmy nawet w najśmielszych

wyobrażeniach przypuszczać, że zajmie nam ponad dwa lata i zaowocuje trwałą współpracą z

człowiekiem, który jak się okazało, poświęcił temu tematowi ponad 30 lat. Nie przypuszczaliśmy także,

że historia ta okaże się autentyczna, a dzięki informacjom uzyskanym przez medium od duchów –

uczestników wydarzeń sprzed ponad 200 lat, odkryjemy jej prawdziwy, szokujący wręcz przebieg.

Jeszcze przed pierwszym wyjazdem do Niedzicy, który miał miejsce wczesną wiosną 2006 roku,

medium po długich przygotowaniach udało się nawiązać kontakt z zachowaną energią księżniczki

Uminy. Celowo nie używam w tym przypadku nazwy „duch”, gdyż jak wyjaśniłem wcześniej, to, z czym

kontaktuje się medium jest raczej duplikatem energetycznego zapisu i istniejącej wówczas

świadomości. Dla lepszego zrozumienia tego mechanizmu proszę wyobrazić sobie olbrzymie archiwum

z mnóstwem sal, w którym medium poszukuje konkretnej taśmy video z zapisem wszystkiego, co

przydarzyło się w życiu danego człowieka. Włącznie z jego osobistymi myślami. Rozumiem, że dla

osób, które nigdy nie miały okazji obserwować medium przy pracy brzmi to niewiarygodnie, ale faktem

jest, że uzyskane informacje, pozwoliły nam ustalić chronologiczny przebieg wydarzeń i

zrekonstruować całą okrutną historię księżniczki, w której uczestniczyła jej rodzina. Także pierwsza

wyprawa do zamku w Niedzicy (oboje byliśmy tam po raz pierwszy) zaowocowała kolejnymi dowodami

na prawdziwość medialnych przekazów. Umina, korzystając w tym przypadku z ciała medium, chodziła

po całym zamku, wskazując na pewne jego elementy, ze zdziwieniem i jednocześnie z uporem

twierdząc, że w jej czasach tego lub tego nie było. Dla mnie – obserwatora – było to dość

nieoczekiwane i zaskakujące, gdyż zamek w zasadzie jest świetnie zachowany i nie sprawia wrażenia,

że coś w nim zostało zmienione. Informacje te udało nam się zweryfikować znacznie później, podczas

trzeciego i czwartego pobytu, kiedy w sali archeologicznej (podczas pierwszych dwóch wizyt była

zamknięta) zobaczyliśmy model zamku sprzed powojennej przebudowy i zdjęcia z prac

rekonstrukcyjnych. Wtedy też poznaliśmy jego historię i etapy rozbudowy w XIX wieku. Wszystko

dokładnie pokrywało się z tym, o czym mówił duch. To było niewiarygodne! Stanowiło to równocześnie

dowód na rzetelność i prawdziwość źródła informacji. Podczas tych wizyt medium udało się nawiązać

kontakt także z innymi uczestnikami tej historii i dzięki nim uzupełnić chronologię zdarzeń. Okazało

się, że Sebastian Berzewiczy zostawił nie tylko kipu odnalezione na terenie zamku w 1947 roku przez

Andrzeja Benesza, ale również pewne wskazówki wyryte na kamieniach, które odnalazło medium. Na

tej podstawie odtworzyliśmy prawdziwą historię uciekinierów z Wenecji, całkowicie odmienną od

znanej legendy.

Poszukując danych w dostępnych źródłach internetowych, mogących chociaż w części – oprócz tego,

co uzyskaliśmy podczas wypraw do zamku – potwierdzić naszą wersję, natrafiłem na informację, że

historię Inków od wielu lat zgłębiał także reporter specjalizujący się w dziennikarstwie śledczym –

Aleksander Rowiński. W ciągu 30 lat swojego dochodzenia napisał na ten temat trzy książki, a każda

kolejna zawierała nowe, nieznane wcześniej fakty. Jak udało mi się dość szybko wyjaśnić, porównując

treść książek z wiedzą uzyskaną od medium, jego śledztwo dotyczące Inków utknęło w martwym

punkcie z powodu zbyt wielu zagmatwanych wątków i niepewnych poszlak. Jak sam później przyznał,

wydobył wszystko, co mógł, badając dostępne ślady konwencjonalną drogą – poprzez przeczesywanie

archiwów i docieranie do różnych ludzi. Nie zmienia to jednak faktu, że wykonał olbrzymią pracę

archiwisty i dokumentalisty...

Ze względu na szacunek dla jego pasji i poświęconych lat zaproponowaliśmy mu wspólne

wyjaśnienie tej historii. Z początku nie chciał nawet słyszeć o Inkach, mówiąc, że dawno zakończył ten

rozdział, chociaż, jak się okazało w toku rozmowy, ciągle ktoś zwracał się do niego z nowymi

dowodami na prawdziwość legendy. Skapitulował, kiedy medium przedstawiła mu pewne fakty, znane

tylko jemu. Przyznał wówczas, że informacje od niej rzeczywiście pomogą w rozwiązaniu wielu wątków

i rzucą nowe światło na pewne poszlaki.

Podczas paru spotkań medium przekazało mu wszystkie posiadane rękopisy (zapisy seansów),

zdjęcia i obrazy malowane podczas medialnych kontaktów. Takich materiałów się nie spodziewał. Jego

zdziwienie nie miało granic, gdy przeglądał spisane przekazy. Nigdy nie wyobrażał sobie, że w sposób

paranormalny, rozmawiając z duchami jak z żywymi ludźmi, można uzyskać olbrzymią wiedzę i

rozwiązywać tajemnice strzeżone przez martwych. Informacje od medium były na tyle przekonujące,

że Rowiński wymusił na archiwistach czeskich i słowackich ponowne przetrząśnięcie archiwów i

wyszukanie wskazanych przez medium dokumentów. Wcześniejsze wieloletnie przeszukiwania nigdy

nie przynosiły spodziewanego rezultatu. Nigdy nie było do końca wiadomo, czego i gdzie szukać. Teraz

już wiedział, o co pytać! Udało się. To, o czym mówiło medium, zostało odnalezione w archiwach Brna,

Znojma, Lewoczy oraz Krumlowa. Razem z nim odbyliśmy w tym celu parę podróży do Czech i

Słowacji. Odnalezione cenne dokumenty, pisane mieszanym językiem niemiecko-czesko-łacińskim

pomagał nam tłumaczyć profesor Duchting z Heidelbergu. Dzięki temu udało się ustalić losy potomków

ostatniego Inka. W taki właśnie sposób, na każdym kroku informacje uzyskiwane od duchów

znajdowały potwierdzenie w archiwach, a one prowadziły medium w miejsca, o których nikt nie

wiedział.

Współpraca z dziennikarzem Aleksandrem Rowińskim i medium trwa do dziś. Niestety zobowiązany

tajemnicą, nie mogę podać więcej szczegółów tej pasjonującej i niewiarygodnej historii. Dodam tylko,

że w niedługim czasie powinna się pojawić na rynku ich wspólna książka, wieńcząca ponad 30-letni

okres badań. Będzie to jedyna taka pozycja na świecie, w której dzięki informacjom z zaświatów i

dowodom archiwalnym, przedstawiona zostanie prawdziwa historia Inków w Polsce. Wiem też, że to

dopiero tak naprawdę początek pełnego wykorzystania zdolności medium i już teraz powstają

projekty, w których największa rola przypadnie właśnie jej – Tamarze Jermakowej-Szymańskiej.

Tekst i zdjęcia: Greg Crimea

Awatar użytkownika
chanell
Posty: 453
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 23:54
Lokalizacja: Kraków - PL

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: chanell » 12 kwietnia 2012, 01:09

Dawno tu nie zaglądałam ,a tu taka gratka !!! Janusz uwielbiam cię !!!!!!!!!!!!!!! :oops: :oops: :D Ide spać,ale jutro to przeczytam .Jestem hepyy :D :D :D :D :D
Ostatnio zmieniony 14 kwietnia 2012, 17:43 przez chanell, łącznie zmieniany 1 raz.
Lubię śpiewać ,lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy :)

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1173
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Zamek w Niedzicy

Post autor: janusz » 12 kwietnia 2012, 09:27

Dorotko mamy wspólne zainteresowania. ;)
Jeszcze troszkę o Inkach poniżej....

Moje drzwi są otwarte - wywiad z medium
Wywiad z Tamarą Jermakową-Szymańską - medium i jasnowidzącą, badaczką od kilku lat zgłębiającą polskie ślady Inków.

Pani Tamaro, czy medium trzeba się urodzić, czy też można nim zostać?

- Wiem, do czego Pan zmierza, ale nie jestem w stanie w wyczerpujący sposób odpowiedzieć na to pytanie. Jeszcze nie spotkałam nikogo, kto w wyniku traumatycznych wydarzeń uzyskałby pełen dostęp do niematerialnego świata. Ja odziedziczyłam tę zdolność po moich przodkach. Również moje córki wykazują niecodzienną wrażliwość i są bardzo czułe na wszelkie energetyczne anomalie. Myślę, że to jest tak jak z talentem. Wszyscy umieją pisać, nieliczni zostają pisarzami lub poetami, ale tylko jednostki wykazują wybitne uzdolnienia. Trzeba być też otwartym, pełnym poświęcenia i lubić to, co się robi.
Czy była taka chwila, która uzmysłowiła Pani, że jest inna niż pozostali ludzie?


- (Chwila zastanowienia)... Tak. Miałam wtedy około siedmiu lat. Leżałam jeszcze w łóżku, gdy zobaczyłam na dywaniku na podłodze chodzącą postać przypominającą lalkę. Chodziła ze splecionymi z tyłu rękami i z opuszczoną głową, jakby się nad czymś zastanawiając. Pamiętam, jak myślałam, że dobrze by było ją złapać i mieć taką żywą zabawkę, ale bałam się, że mnie ugryzie. Obserwowałam ją więc dość długo. Kiedy siostra otworzyła drzwi do pokoju, ta postać zniknęła. Byłam zła, że przegoniła mojego gościa i w dodatku nie wierzyła, kiedy o nim opowiadałam. Wtedy obie z mamą długo się ze mnie śmiały. Do dziś nie wiem, kto lub co to było. Ale to nie jedyny taki przypadek. Musi Pan wiedzieć, że dzieci zazwyczaj boją się tego, czego nie znają. Może udziela się im strach innych dzieci, z którymi spotykają się podczas zabaw? Pamiętam, że w dzieciństwie często miałam bardzo wyraźne i kolorowe sny, które spełniały się po paru dniach. Słyszałam głosy, widziałam przezroczyste postacie, czułam ich obecność. Nikomu o tym nie mówiłam. Nawet mamie, chociaż sama często opowiadała o niewidzialnym domowym strażniku opiekującym się nami i naszym gospodarstwem. Bałam się tego wszystkiego i nie dopuszczałam do siebie. Z czasem to się do tego stopnia nasiliło, że "głosy" wewnątrz podpowiadały mi, gdy czegoś nie wiedziałam czy nie rozumiałam, wymuszały, by wziąć ołówek i zacząć pisać czy malować. Często kłóciłam się z nimi, to znaczy ze sobą (śmiech), ale pisałam. Były to zazwyczaj wiersze i różne przesłania...

Zapoznając się bliżej z tematem mediumizmu, odnalazłem w literaturze bardzo podobne relacje innych mediów. Pod tym względem Pani dzieciństwo nie wyróżnia się niczym szczególnym.

- A kto powiedział, że jestem wyjątkowa? Przecież jestem zwyczajną kobietą z dziećmi, mężem i psami (śmiech)...

Rzeczywiście, sprawia Pani wrażenie najnormalniejszej na świecie kobiety. Muszę przyznać, że oczekiwałem chyba czegoś...

- Bardziej niezwykłego? Medium otoczonego świtą półprzezroczystych duchów, wirujących stolików i napełnianych przez niewidzialnych służących szklanek? (Oboje wybuchamy śmiechem).

Tu mnie Pani ma. To piętno produkcji filmowych. Hollywood wkracza już we wszystkie dziedziny, narzucając swój punkt widzenia... Dobrze, dość dygresji. Skończyliśmy na przekazach.

- Dalej było tylko gorzej. Na początku lat 80. zauważyłam, że gdy tylko przechodzę przez jakikolwiek most, w mojej głowie pojawiają się wzory arytmetyczne i wykresy geometryczne. Mogłam rozwiązać dowolne trudne zadanie matematyczne. Niestety nasilało się to do tego stopnia, że czułam, jakby mój mózg wypełniał się po brzegi, do granic możliwości i zaczął rozsadzać czaszkę. Powodowało to potworne bóle głowy. Cierpiałam, płakałam i modliłam się, by przestali "nadawać", gdyż nie jestem w stanie wykorzystać tej wiedzy, którą dostaję i w ogóle nie jest mi ona do niczego potrzebna. Zaczęłam unikać mostów i widocznie mnie wysłuchali, gdyż stopniowo "nadawanie" ucichło. Jednak nie na długo odzyskałam spokój. Zaczęłam coraz częściej i o wiele wyraźniej niż wcześniej widzieć cienie i półprzezroczystych ludzi. Czasem miałam wątpliwość, czy to, co widzę, to duch czy żywy człowiek. Z początku bardzo bałam się tego, było to nieprzyjemne, ale w końcu przywykłam.
Czego się bać? Niejeden człowiek chciałby widzieć duchy i czerpać wiedzę z... No właśnie, z czego?

- Zapewne tak, ale nie jest to takie proste ani przyjemne. Za duży natłok informacji. To tak, jakby Pan jednocześnie słuchał radia, rozmawiał z kimś, oglądał telewizję, czytał gazetę i prowadził auto... Nie da rady. A skąd ta wiedza? W końcu przyszedł taki moment, kiedy wszystko, to znaczy proces "nadawania" i widzenia jakby się zakończył, jakby skoncentrował się i zlał ze sobą w jedno. W postać kobiety, której się nie bałam i która została moim opiekunem i przewodnikiem. Niestety nie mogę wyjawić więcej szczegółów. W każdym razie, tak się z nią zżyłam, że wręcz bałam się, iż pewnego dnia odejdzie i już nie wróci, pozostawiając mnie samą sobie. Musi Pan wiedzieć, że całą wiedzę, którą posiadam i obecne zdolności, zawdzięczam jej. Ona pisze i maluje moimi rękami. Ja tylko weryfikuję i sprawdzam. Dzięki niej mam kontakty z innymi wymiarami. To ona przywiodła mnie do Polski, dając wiarę, nadzieję i miłość.

Czyli to ktoś w rodzaju opiekuna duchowego, nauczyciela i Anioła Stróża?

- Tak. Jest dla mnie wszystkim. Dzięki jej "naukom" wiem, kiedy, w które dni, kontaktować się z duchami zmarłych, by nie narazić się na stratę życiowej energii. Jak obronić się przed spirytualnym atakiem. Dlatego czuję się bezpieczna.

Czy jest także pośrednikiem w nawiązywaniu kontaktów z innymi duchami? - Nie. Jest tylko obserwatorem. Ochroną. To ja decyduję, z kim chcę się skontaktować. Jestem bardzo ciekawska i lubię te medialne kontakty, chociaż są bardzo wyczerpujące nawet dla wytrawnego i chronionego medium. Jak przedobrzę z wysiłkiem, to przywołuje mnie do porządku (śmiech i gest grożenia palcem).

Dowiem się czegoś więcej na temat tej jakże tajemniczej postaci?

- Niestety niczego więcej nie zdradzę. Zresztą to może być niezrozumiałe nawet dla tych Czytelników, którzy posiadają szeroką ezoteryczną wiedzę.

Proszę w takim razie wyjawić sposób - mechanizm przywoływania przez siebie duchów.

- Nawet po śmierci istniejemy jako energia, wibracja, częstotliwość, która nie zanika. Oto, czym są w dużym skrócie duchy. By nawiązać kontakt, muszę się nastroić na konkretną wibrację. Bardzo potrzebuję wtedy rzeczy należących do danej osoby, tj. zdjęcia, ubrania, własnoręcznie napisanego listu - czegokolwiek. Może to też być informacja o miejscu, gdzie dana osoba przebywała. Jeśli niczego takiego nie ma, pomocny jest ktoś bliski, ktoś emocjonalnie z nią związany. A jeśli i tego nie ma, pozostaje miejsce pochówku lub śmierci. Tam magazynują się emocje, które emanują tę określoną indywidualną wibrację, łatwą do wychwycenia dla prawdziwego medium. Wtedy jest już prosta droga do spotkania.

Brr... Ciarki mi przechodzą po plecach, gdy Pani tak spokojnie o tym mówi. Zwyczajni ludzie jednak czują bojaźń przed zmarłymi i śmiercią.

- Dlatego nie jest łatwo być medium. Ludzie tego nie rozumieją. Albo śmieją się lekceważąco, chociaż myślę, że w ten sposób ukrywają swój strach, albo otwarcie się boją i unikają wszelkich kontaktów. A duchy są jak ludzie. Jacy byli za życia, tacy są i po śmierci. Różni się zdarzają, ale ja się nie boję i pukam do ich drzwi, nawet wtedy, gdy nie chcą otworzyć. Cierpliwie czekam, od czasu do czasu dając im znać, że jestem - i w końcu mi otwierają. A nawet jeśli nie oni sami, to wchodzę w pole informacyjne, które najpierw, jak troskliwy ojciec, grzecznie pyta, czego od nich potrzebuję i też dostaję to, czego chcę.

Pole informacyjne? Czy ma to coś wspólnego z polem morfogenetycznym Ruperta Sheldrake'a?

- To ma wiele nazw. Można to nazwać tak, jak to Pan okreslił, można też Kroniką Akaschy czy Matrixem. Ja wolę nazwę pole informacyjne. Najważniejsze, że jest tam zapisane wszystko, do czego dochodziło na naszej planecie, w Kosmosie i całym Wszechświecie. Zapis każdej najmniejszej wibracji. Zawsze z tego korzystam, nigdy się nie zawiodłam i jeszcze nie zdarzyło się, bym nie otrzymała konkretnej informacji na temat osoby, którą się aktualnie zajmuję. A pracuję z duchami już ładnych parę lat.

Powiedziała Pani, że wybiera, puka do drzwi, a czy zdarza się, że duchy przychodzą same?

- Właśnie chciałam to powiedzieć. Duchy, tam, w zaświatach wiedzą, kto jest medium. One to rozpoznają po kolorze i wibracji. Przychodzą, bo wiedzą, że medium jest łącznikiem między światem, który znali, a tym nowym, w którym się znaleźli. Potrzebują dużo miłości, akceptacji i zrozumienia. Przychodzą więc po pomoc, by nabrać sił i wznieść się wyżej. Przytoczę pewien przykład. Kiedyś, po ciężkim dniu pracy z pacjentami, siedzę zmęczona w kuchni przy kolacji. Czuję, że ktoś mocno ciągnie mnie za rękaw (zazwyczaj polegam na odczuciach i "słyszeniu"). Fukam, by dali mi spokój, bo jestem bardzo zmęczona. Ale czuję, że to coś nadal stoi przy mnie. Słyszę głos: A mnie powiedzieli, że jesteś dobra. Powiedział to takim nieszczęśliwym głosem, że aż się roześmiałam. Co za nieszczęśnik?, pomyślałam. Chociaż rzadko to robię, zdecydowałam się użyć "trzeciego oka", by zobaczyć tego intruza. Oka używam tylko w szczególnych przypadkach, by nie spalić swojego mózgu. Jest to niebezpieczne, a chcę jak najdłużej z niego korzystać i nie męczyć się, pracując potem, jak przy spalonej żarówce (śmiech). Tak więc odwracam się i widzę, że stoi przy mnie młody mężczyzna w porwanym ubraniu, cały "porozrywany" na kawałki. Sądzę, że był ofiarą wypadku samochodowego. Przepraszam go i zapraszam do rozmowy. Siedzimy przy stole i rozmawiamy. Teraz już nie pamiętam dokładnie o czym, ale to było o jego życiu, samotności i obecnym cierpieniu. Potem przyszedł jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem rozmawialiśmy, a on stawał się coraz bardziej "posklejany" i bardziej świetlisty. Trzeciego dnia przyszedł piękny, radosny i jaśniejący. Pożegnał się ze mną, dziękując. Zrozumiałam wtedy, że duchy potrzebują, jak już mówiłam, miłości i zainteresowania. Od tej chwili mój dom jest otwarty tak dla żywych, jak i umarłych.

I co, straszy w nim? Korzystają z zaproszenia?

- Naturalnie. Moje drzwi są otwarte, dom stał się kanałem - portalem dla widzialnych i niewidzialnych gości. Rodzina dobrze o tym wie. Nie zwracają więc uwagi na dziwne odgłosy, kroki, stukania, chłodne powiewy. Nikt się nie lęka. Duchy zmarłych przychodzą z różnymi problemami, które staramy się wspólnie rozwiązać i poukładać niedokończone sprawy. Wierzą mi, znają mnie, przyprowadzają swoich żyjących krewnych...

???

- Ha, ha, ha. Rozbroił mnie Pan swoim zdziwieniem. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. To dla medium codzienność. Często tak się zdarza, że przychodzi pacjent, czy to kobieta, czy mężczyzna i od progu mówi, że nie wie, po co przyszedł. Twierdzi, że po prostu znalazł adres i coś mu kazało, jakiś wewnętrzny nakaz, przyjść do mnie. Zaczynam z nim rozmawiać i widzę stojącego obok ducha, który za moim pośrednictwem chce coś przekazać. Zdarzają się wtedy komiczne, tylko z mojego punktu widzenia, sytuacje, ponieważ pacjent jest zszokowany, kiedy duch wyraża np. swoje niezadowolenie na brak należytej troski o swój grób. Wytyka krewnym brak odwiedzin, sztuczne kwiaty zamiast żywych, niewypełnianie zobowiązań rodzinnych itd. Często jednak są to osobiste przekazy do najbliższych, pocieszanie, załatwianie niedokończonych spraw, a także ostrzeżenia. Czasem na odwrót, przychodzą też żywi i poszukują kontaktu ze swoimi krewnymi. Przynoszą wtedy dużo zdjęć i przedmiotów należących do zmarłego. Najczęściej są to poszukiwacze skarbów, którzy od nieżyjącego dziadka czy babci, chcą wyciągnąć informacje o zakopanym lub ukrytym depozycie. (Zatrzymujący gest ręką). Od razu uprzedzam Pańskie pytanie. Tym się nie zajmuję, nie chcę zajmować i takich interesantów odsyłam z powrotem.

Dobrze, nie będę o to pytał, ale przecież, weryfikując legendę o Inkach w Niedzicy, musiała też Pani słyszeć o ukrytym skarbie, który ze sobą przywieźli?

- Najpierw zaintrygowała mnie sama historia. Nie znam dziejów Polski, ale dobrze wiem, gdzie leży Peru. Skąd więc tu Inkowie? To przecież nieprawdopodobne. Zaczęłam naciskać na męża, żeby dostarczył mi jak najwięcej informacji na ten temat. Dość szybko mnie całkowicie pochłonął, a co dalej - już Pan wie...
Tak, wiem, czytałem ten artykuł w "Czwartym Wymiarze", ale przecież minęło 200 lat. Nie ma ani grobów, ani nawet najmniejszych śladów ich obecności. Nie ma też żyjących krewnych, a książka Aleksandra Rowińskiego opiera się tylko na poszlakach. Jak więc udało się nawiązać kontakt z Uminą, jej ojcem i innymi postaciami tego dramatu?

- W zamkowych ścianach pozostały silne emocje. Są tam zapisane jak na taśmie magnetofonowej, a ja na tyle mocno zaangażowałam się emocjonalnie, że z łatwością przeniosłam się mentalnie na XVIII-wieczny zamek. Proszę pamiętać, że jestem także psychometrą i potrafię odczytywać informacje zawarte w przedmiotach. W tym także ścianach i kamieniach. To jak z radiestezją. Tu mogę się narazić mistrzom hołubiącym tradycyjne podejście do tego rzemiosła, ale nie trzeba mieć wahadła w ręku, by należycie nim pracować. Można je sobie wyobrazić na ekranie umysłu. To nie jest trudne. Można to wyćwiczyć i opanować w doskonałym stopniu. Uczą tego na kursach Doskonalenia Umysłu. Dlatego też, kiedy jestem mocno zaangażowana, nie potrzebuję fizycznego kamienia. Wystarczy, że się przeniosę w czasie i przestrzeni, mentalnie wezmę go do ręki i już dużo wiem, dużo mogę powiedzieć. Tak też było z Uminą. Ledwie poczułam pod nogami kamienną podłogę górnego zamku, a już usłyszałam i zaraz potem zobaczyłam, biegnącą do mnie kobiecą postać, która wręcz krzyknęła mi w twarz: Nas zabił!... i równie szybko zniknęła. Miałam wrażenie, że to ona na mnie czekała - jak ktoś, kto długo trzyma coś w sobie i nie może się doczekać, by powiedzieć o tym, co mu leży na sercu. Nic z tego w pierwszej chwili nie zrozumiałam, ale widocznie byłam pod takim wrażeniem, że nawet mój mąż, wybitny sceptyk, widząc mój stan, stwierdził, że coś rzeczywiście musi być w tej historii. Już wtedy nie miałam wątpliwości. Wiedziałam, że to była najprawdziwsza Umina, a legenda jest historią.

A skąd ta pewność, że to ona? Zamek ma siedemset lat i na pewno błądzi w nim wiele tragicznie zmarłych kobiet. Było przecież tyle wojen, zbrojnych napadów...

- Już mówiłam. Byłam całkowicie nastrojona na konkretny przedział czasowy. Pole informacyjne nie kłamie. Wtedy na zamku były tylko dwie kobiety. Starsza Indianka i właśnie Umina, która miała urodę typową dla rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, odbiegającą od europejskich kanonów piękności. Niska, około 150 cm wzrostu, szczupła, ale grubej kości. Widać po niej było, że jest bardzo wycieńczona, jakby w głębokiej depresji... Potem, kiedy dostaliśmy do rąk książkę obfitującą w zdjęcia artefaktów związanych z Inkami, było mi znacznie łatwiej poruszać się po tym wycinku czasu i zapraszać do rozmowy kolejnych bohaterów. Udało się uzyskać wiele informacji od ojca Uminy, jego przyjaciela - brata José Gabriela, samego Tupaca Amaru II i nawet Antonia - ostatniego króla...

Mówi Pani o nich jak o dobrych znajomych, a przecież połowa z nich to postacie niemal mitologiczne. I wszystko to za sprawą fotografii z książki?

- Była bardzo pomocna. Zdjęcia różnych dokumentów i portretów nasiąknięte są ich emocjami. Bez książki moja praca trwałaby dłużej i była bardziej męcząca. Świetnie to obrazuje przykład Sebastiana. Pracując nad planami zamku, udało mi się go pochwycić, ale kontakt był bardzo ulotny. Przychodził etapami. Zaczął od momentu śmierci. Potem umierał, leżąc w łóżku, wspominając swoje dzieciństwo i młodość. Nie mogłam dobrze zrozumieć, kto i o czym opowiada. Potem dopiero zebrałam wszystkie informacje i już wiedziałam, kto to. Trudno było go utrzymać przy sobie, więc w którymś momencie odszedł. Po wizycie na zamku udało mi się zaznajomić z Uminą i uzyskać od niej wszystkie informacje, które chciała przekazać. Pomogła mi ponownie połączyć się ze swoim ojcem. Ale dopiero akt adopcji Antonia, którego tłumaczenie znajduje się w tej pozycji, pozwolił wydobyć go z mroków dziejów i doprowadzić do kontaktu z nim. Potwierdził to, co mówiła jego córka. Opowiedział też wszystko o swoim życiu.

Jest Pani teraz bardzo tajemnicza. Mówi ogólnikami. Rozumiem, że ten temat ujrzy światło dzienne w postaci nowej książki, ale proszę powiedzieć choć trochę więcej. Jak wyglądał Sebastian?

- Rzeczywiście, nie mogę na razie zdradzić więcej szczegółów, ale postaram się zaspokoić pańską i Czytelników ciekawość. Z tego co widziałam, Sebastian był kiedyś dość wysokim, postawnym mężczyzną. Raczej szczupłym, żywym, ale sprawiającym wrażenie silnego. Gdy widziałam go na zamku, był już mocno kulejącym staruszkiem, podpierajacym się laseczką. Utykał, gdyż jeszcze w młodości był poważnie ranny. Podobnie jak Umina, był bardzo zmartwiony i rozbity psychicznie. Chodził po całym zamku, laseczką pokazując mi, gdzie są podziemne przejścia, napisy i znaki pozostawione przez niego dla grupy z Wenecji. Pan mi nie wierzy, ale to wszystko jest do sprawdzenia. Może przyjdzie taka chwila, że na zamku znów będą podjęte prace archeologiczne. Wtedy dużo tajemnic może wyjść na jaw...

Co za pewność siebie i wiara.

- Myśli Pan, że ślepo ufam duchom? Kocham je, ale znajdujemy się w innych wymiarach i między nami powstają zakłócenia, które mogą wpływać na czystość przekazu. Coś jak zabawa w głuchy telefon. To po pierwsze. Po drugie, duch pamięta okres, w którym żył i sytuacje, które go dotyczyły. Może nie wiedzieć, co zaszło po jego śmierci. On ciągle żyje w swoim świecie. Jeśli pokazuje miejsce na zamku, gdzie coś schował, to znaczy, że tak było, ale czy my to znajdziemy, to już inna sprawa. Przecież minęły ponad dwa wieki. Ktoś mógł w ciągu tylu lat nawet przez przypadek to znaleźć, remontując czy też rozbierając niepotrzebne jego fragmenty. W czasie wielu wojen coś mogło ulec kompletnemu zniszczeniu. Tego już nie ma, ale duch pamięta, że to coś w tym miejscu chował. Wiele razy byłam w takiej sytuacji. Dlatego tak trudno pracować z odległymi czasami. Stąd też niewiara w możliwości medium. Nie zdziwi więc Pana moje stwierdzenie, że sama wszystko dokładnie sprawdzam. Każdą informację. Tak też było z kamieniem, jednym z wielu, który pokazał mi Sebastian. Zrobiłam zdjęcie. Zostało pokazane obecnym dzierżawcom zamku. Byli zdziwieni, że przez tyle lat tego nie znaleźli. Analiza w Niemczech wykazała, że napis jest oryginalny i jest wskazówką, co od samego początku twierdziłam. A takich znaków, pomimo iż oba zamki - górny i średni, gdzie przebywali Inkowie - zostały przebudowane i zrekonstruowane, jest jeszcze trochę. Parę z nich już odnalazłam. Wspominałam o podziemnych przejściach. Zrobiłam ich plany, wiem gdzie i czego szukać. Okazało się, że nawet obecna wysokość wody w jeziorze mogła je pozostawić suchymi. A wyobraża sobie Pan szum, jaki by się podniósł, gdyby odnalezione zostały szczątki Uminy? To byłaby międzynarodowa sensacja stulecia. Powód do dumy dla Polski i do świętowania dla Peru. A ja wiem, gdzie ich szukać. Wystarczy trochę pokopać w konkretnym miejscu, w ogóle nie niszcząc zachowanych ścian czy posadzek.

Słuchając tego, czuję, że udziela mi się Pani entuzjazm. Zaczynam przekonywać się, że rzeczywiście, budząc zmarłych, można rozwiązać od dawna skrywane tajemnice...

- Oczywiście, że tak. Może nie do końca, gdyż medium jest tylko człowiekiem i czasem nie da rady uzyskać wszystkich potrzebnych informacji, ale nawet wtedy może udzielić pewnych wskazówek. Zwrócić uwagę na pewne pominięte wątki czy poszlaki, które mogą być bezcenne dla historyków i archeologów, i skłonić ich do wszczęcia nowych poszukiwań lub rzucić odmienne, świeże spojrzenie na pewne zdarzenia. Ten sam mechanizm wykorzystałam podczas pracy z Inkami. Posiłkując się ustaleniami A. Rowińskiego, szłam w moich badaniach własną drogą, wiedziałam, na co zwrócić uwagę i czego się trzymać. Materiały, które zebrałam, przekazałam jemu. Razem też jeździliśmy po archiwach, weryfikując moją wersję i wiarygodność przekazów. Odnalezione dokumenty czarno na białym potwierdziły informacje uzyskane od Antonia Benesza - wnuka Sebastiana. Rzuciły nowe światło na jego historię, jakże odmienną od przedstawionej przez pisarza. Ta historia wyjaśniła pewne nieścisłości i wątpliwości. To są udokumentowane fakty.

Jeśli posiada Pani taką wiedzę, to wie również, gdzie jest ukryty legendarny skarb Inków? To dopiero byłaby sensacja. Przewyższająca odkrycie grobowca Tutenchamona.

- Chyba będzie Pan rozczarowany. Z moich informacji wynika, że Sebastian i jego grupa przywieźli ze sobą zaledwie pudełko, w którym znajdowały się duże kamienie szlachetne, pieczołowicie pomalowane przez Sebastiana, trzysta złotych monet, pierścień z pieczęcią królewską i dużo różnej biżuterii. Jeśli patrzeć na to jak na skarb, to jest to rzeczywiście niezmiernie cenne. Wiem, że część z tego Sebastian ukrył na zamku, ale co się zachowało do naszych czasow, nie jestem w stanie powiedzieć. Natomiast nie widziałam z nimi wozów po brzegi wypełnionych skrzyniami ze złotem z legendarnego Eldorado, o którym mówią liczne przekazy i legendy.

A już wyobrażałem sobie tytuł w gazetach - "Medium odkrywa legendarny skarb Inkow!" Szkoda... Pani Tamaro, doszły mnie słuchy o innych badawczych planach. Czy to ma związek z tym, że włączyła Pani do swoich poszukiwań Tupaka Amaru?

- Z początku nic o nim nie wiedziałam, ale okazał się postacią bardzo interesujacą. Według Rowinńskiego został krewnym Sebastiana, gdy ten wżenił się w jego rodzinę. Pomyślałam, że może dużo o nim powiedzieć. Dysponowałam jego portretami i, co ważniejsze, listem pisanym jego krwią, więc postanowiłam spróbować. Nawet w najśmielszych planach nie mogłam przypuszczać, że kontakt z nim będzie tak łatwy i natychmiastowy. Przyszedł od razu i bardzo się zaprzyjaźniliśmy (śmiech). Jest częstym gościem, a to o czym mówi, stanowi temat do nowej książki. Mam nad czym popracować. Ze wszystkich duchów związanych z Niedzicą, informacje od niego są najpełniejsze i najcenniejsze. Do tego w pełni sprawdzalne. Czasem zadaję sobie pytanie, czy historia Sebastiana i Uminy miała być tylko pretekstem, preludium do zajęcia się inną, o wiele ważniejszą sprawą..? (Chwila ciszy). Dysponuję pełnym archiwum planów, map, rysunków i szkiców Tupaka Amaru, rysowanych moimi rękami. Daje mi, jak nauczyciel, potężny zasób zapomnianej inkaskiej wiedzy. Odnoszę wrażenie, że wybrał mnie na pośredniczkę, bym przekazała jego narodowi przesłanie od niego. Jak sam mówi, wszystko to, co mi daje, należy do jego ludu i ma być wykorzystane dla jego dobra. Chce, bym wyjechała do Peru. Na miejscu już mnie poprowadzi i wszystko pokaże. Jestem fanatyczką oddaną temu, co robię, w dodatku uczciwą i słowną, więc nie wykluczam wyjazdu. Myślę, że wszystko w swoim czasie...

Słów mi brak... Będę musiał ochłonąć... Powodzenia we wszystkich planach i oby duchy były dla Pani życzliwe. Dziękuję bardzo za rozmowę...

Jestem ciekaw, co powiedzą nasi Czytelnicy i entuzjaści badający tajemnice Inkow?

Jakub Wesołowski
Zdjęcia: Tamara Jermakowa-Szymańska

Wydanie internetowe: http://www.instytutbadan.com.pl/slepy.php?id=2

ODPOWIEDZ