Polscy parapsycholodzy.

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1172
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Polscy parapsycholodzy.

Post autor: janusz » 18 lutego 2011, 00:05

Julian Ochorowicz

Julian Leopold Ochorowicz (ur. 23 lutego 1850 w Radzyminie, zm. 1 maja 1917 w Warszawie) – polski wynalazca, filozof, psycholog, poeta i publicysta. Teoretyk pozytywizmu. Badacz zjawisk mediumicznych i twórca teorii ideoplastii.

Życiorys
Był synem Juliana i Jadwigi z domu Sumińskiej. Studiował w Szkole Głównej, następnie na Uniwersytecie Warszawskim, który ukończył w 1871 roku. W roku 1874 otrzymał tytuł doktora w Lipsku po przedstawieniu dysertacji O warunkach świadomości. Po powrocie do Warszawy, w latach 1874–1875 był redaktorem naczelnym pisma "Niwa". Od roku 1881 docent psychologii i filozofii przyrody na Uniwersytecie we Lwowie. Habilitację uzyskał za rozprawę zatytułowaną Rozwój filozoficznych i chemicznych pojęć o atomach. W 1882 roku wysłany do Paryża, przebywał tam kilka lat. Później powrócił do Warszawy, od 1900 był prezesem Kasy Literackiej. Publikował swe prace z działu pedagogiki w Encyklopedii Wychowawczej. Prowadził psychologiczne badania empiryczne. Badał również zagadnienia z dziedziny hipnotyzmu, telepatii, także mediumizmu - wiele wyrażonych przez niego poglądów, chociaż nie zostały one systematycznie wyłożone w formie dopracowanej teorii, pozwala zaliczać Ochorowicza do prekursorów koncepcji nieświadomości wyprzedzających idee Freuda.

Jako poeta publikował w "Przeglądzie Tygodniowym" pod pseudonimem „Julian Mohort”.
W 1877 opracował teoretyczne zagadnienie telewizji monochromatycznej (ekran zbudowany z żarówek, które wyświetlają obraz nadawany obraz zamieniony na zbiór punktów). W 1885 kilkakrotnie prezentował udoskonalony przez siebie telefon (w Paryżu – połączył budynek Ministerstwa Poczty i Telegrafów z gmachem Opery Paryskiej oddalonym o 4 km, na Wystawie Powszechnej w Antwerpii połączył się z oddaloną o 45 km Brukselą, a w Petersburgu – z oddalonym o 320 km Bołgoje). Oprócz rozważań filozoficznych podejmował szereg interesujących badań, głównie technicznych (wynalazki mikrofonów, aparatów do przenoszenia na odległość dźwięku i światła itp., stąd uważany jest za prekursora radia i telewizji) oraz z zakresu parapsychologii (dużo doświadczeń z tej dziedziny przeprowadzał w Wiśle).

Do Wisły przyjechał po raz pierwszy w 1899. Wspólnie z Bogdanem Hoffem zbudował kilka willi-pensjonatów: "Maja", "Placówka", "Sokół", a murowana "Ochorowiczówka" istnieje do dnia dzisiejszego na ul. Ochorowicza (na Dzielnicach). Dużo fotografował. Zapraszał znamienitych gości m.in. Bolesława Prusa (to na jego cześć jedną z willi nazwał "Placówką"), Władysława Reymonta (w Wiśle napisał on pierwszy tom "Chłopów"). W 1905, razem z ks. bp. Bursche i Bogdanem Hoffem był współzałożycielem Towarzystwa Miłośników Wisły. Bibliotece wiślańskiej ofiarował około 600 tomów książek. Jego zasługi do rozwoju Wisły jako letniska są bardzo duże. Mieszkając w Wiśle nie przerywał swojej pracy naukowej - w specjalnie wybudowanym laboratorium przeprowadzał szereg doświadczeń z zakresu hipnozy, mediumizmu itp., co nie zawsze podobało się mieszkańcom.

Wywarł istotny wpływ na kształtowanie poglądów przedstawicieli "starszej" polskiej szkoły filozofii medycyny.

Pojawił się także w postaci Juliana Ochockiego w "Lalce" Bolesława Prusa (z którym się przyjaźnił).

Twierdził, że pozytywistą można nazwać każdego, czyje oświadczenia poparte są dającymi się sprawdzić faktami - człowieka, który nie dyskutuje nad sprawami wątpliwymi bez należytych kwalifikacji i który nigdy nie mówi o rzeczach niedostępnych.

PSYCHOTRONIK
W 1873 roku uzyskał stopień doktora z filozofii. Następnie habilitował się we Lwowie. Przebywał także przez parę lat w Paryżu, kontynuując studia teoretyczne i eksperymentalne w zakresie psychologii, hipnotyzmu i magnetyzmu. W Paryżu przez dwa lata był kierownikiem laboratorium Międzynarodowego Instytutu Psychologii. Tam zaprzyjaźnił się z laureatem nagrody Nobla z dziedziny medycyny, prof. Ch. R. Richetem, który napisał przedmowę do dzieła Ochorowicza pt. „Sugestia myślowa”. Ochorowicz stworzył też pierwsze w Polsce laboratorium psychologii klinicznej.

W tym samym czasie toczy się dyskusja między przedstawicielami szkoły w Nancy i w Salpetriére o naturę i istotę hipnozy. Powoduje to wzrost zainteresowania telepatią (słowo to było wówczas mało znane, a wprowadził je w 1883 r. F. Myres. Zwykle posługiwano się wówczas pojęciem „sugestia myślowa”). Także w tym okresie ekspansję notuje spirytyzm i okultyzm. Wszystkie te dziedziny łączono wtedy w jedną, niemal nierozerwalną całość. Toteż trudno się dziwić, że Ochorowicz badał nie tylko hipnozę, lecz również telepatię, spirytyzm i okultyzm.

Według Ochorowicza, należy rozdzielać pojęcia hipnozy i magnetyzmu. Sen magnetyczny jest formą hipnozy, w której pacjent pozostaje w specjalnym związku (raporcie) ze swoim magnetyzerem. Tylko jego słucha i jego woli ulega. W tym stanie, zdaniem Ochorowicza, zachodzą czasem zjawiska „sugestii myślowej” (telepatii). Dzieje się tak, gdyż mózg człowieka wypromieniowuje fale elektromagnetyczne, które jeden osobnik nadaje, a drugi odbiera (pamiętać należy, że radioodbiorniki w tym czasie jeszcze nie istniały!). Każdemu procesowi myślenia towarzyszą wibracje elektryczne, które rozchodzą się dookoła. Docierają w ten sposób do drugiego mózgu i mogą zostać odebrane, ale pod warunkiem, że mózg odbiorcy znajduje się w specjalnym stanie (najlepiej w transie hipnotycznym). Odbiór wywołuje w mózgu odbiorcy pojawienie się analogicznej myśli jak w mózgu nadawcy.

W 1892 r. Ochorowicz dał się namówić na badania sławnego medium Euzapji Paladino (najpierw w Rzymie, następnie w Warszawie, a na koniec w Paryżu, na wyspie Roubau, w willi Ch. Richeta. Ochorowicz nie poprzestaje na opisach stuków, duchów, ektoplazmy i różnych widziadeł, których było pełno podczas transu Euzapji, lecz tworzy teorię „ideoplastii”.

Ideoplastia, według Ochorowicza, to energia psychiczna, która dzięki zawężeniu pola świadomości medium w transie może spowodować, że jedno jedyne wyobrażenie wystąpi z wyjątkową siłą, a tracąc swoje związki z organizmem (z powodu rozszczepienia się sił od tkanek), wywoła materializację tego wyobrażenia. Na przykład wyobrażenie dźwięku odtworzy w otoczeniu te drgania powietrza, które na ten dźwięk się składają. Energia do tego potrzebna wyłoni się z ciała medium. Może ono także wytworzyć sobie dodatkową część ciała, np. rękę, którą będzie pukać czy też chwytać różne przedmioty. Ta zdolność do tworzenia przedmiotów materialnych wynika z faktu, że organizm posiada ciało eteryczne. Jest to, jak pisze Ochorowicz, ów cień człowieka, który plącze się w różnych legendach, to dwojnik kapłanów egipskich, ciało duchowe św. Pawła, sobowtór astralny spirytystów i siła nerwowa Hartmana. Ciało eteryczne podlega wszystkim prawom fizjologii i biochemii. Nie jest ono przywilejem tylko człowieka., lecz wszystkiego, co ma formę skończoną. Medium przy materializacji oddaje nie tylko swoje ciało eteryczne, ale nadto także atomy swojego ciała, które układają się wzdłuż linii ciała eterycznego ukształtowanego wyobrażeniem. Twór ten jest jednak wysoce nietrwały i gdy wyobrażenie znika i on dematerializuje się, a ciało eteryczne i atomy wracają do ciała medium. Ochorowicz uważał, że zjawiska mediumiczne stanowią nowy dział zjawisk psychofizycznych, niezwykłych, ale nie nadnaturalnych.

Na początku XX wieku J. Ochorowicz pracował niestrudzenie, m.in. pisząc rozprawy z różnych dziedzin wiedzy. Brał także udział w kongresach naukowych, ale nie porzucił spirytyzmu. Uważał, że sen hipnotyczny znacznie zwiększa możliwości medium. W latach 1909 — 1912 eksperymentował już u siebie, w Wiśle i w Warszawie, z młodą kobietą Stanisławą Tomczykówną. Jej zdolności medialne podobno ujawniły się w 1905 roku, gdy została aresztowana. Krótki pobyt w areszcie wywołał u niej silny wstrząs psychiczny, który objawił się jej zdolnościami telekinetycznymi, tzn. gdy lekarz przepisywał jej receptę, kałamarz zaczął się poruszać i stukać. Gdy wiadomość o tym dotarła do Ochorowicza, ten niezwłocznie zaprosił ją do siebie i rozpoczął eksperymenty.

W numerze pierwszym Annales des sciences psychologiques z 16 stycznia 1909 roku Ochorowicz pisze:

Stanisława Tomczykówna jest ładną, skromną, inteligentną panną, jakkolwiek bez wykształcenia, jest nadzwyczajnie uzdolniona. Przebywa w mojej willi od dwóch miesięcy, gdzie staram się o poprawę stanu jej zdrowia i kieruję rozwojem zdolności medialnych. Spodziewam się stworzyć z niej medium prawdziwie użyteczne dla nauki. Zadanie mam ułatwione dzięki trzem okolicznościom: panna Tomczykówna jest osobą z natury prawdomówną, która umie opanować wrodzoną większości mediów skłonność do bezwiednego oszustwa, a przy tym nie jest zawodową spirytystką.
Moje doświadczenia odbywają się zawsze przy świetle czerwonym, nigdy w ciemności. Kontrola jest zawsze ścisła i medium bywa zawsze rewidowane. Wszystkie doświadczenia odbywają się w głębokim śnie hipnotycznym, wywołanym przeze mnie metodą Braida. Badaniom towarzyszą najwyżej dwie osoby.

Do najważniejszych, zdaniem Ochorowicza, zjawisk uzyskanych w jego „badaniach” należy zaliczyć produkcję personifikacji fluidycznej. W głębokim śnie hipnotycznym z ciała Tomczykówny wyłaniała się postać podobna do medium, tylko znacznie mniejsza, bo wzrostu około 55 cm. Na jego pytanie, zadane jej zaraz na pierwszym seansie, medium odpowiedziało: — „To mój sobowtór, nazywa się ‘mała Stasia’”.

W toku następnych doświadczeń Ochorowicz stwierdził u Tomczykówny trzy różne osobowości. W stanie normalnym była Stanisławą. W stanie somnambulicznym (tzn. w uśpieniu hipnotycznym) występowała „mała Stasia” lub druga Stanisława. Niestety, jak pisze Ochorowicz, wzajemna niezależność tych trzech osobowości, większa niż zazwyczaj spotyka się u trzech osób, utrudniała badanie przyczyn zjawiska i nieraz trzeba było uciekać się do fortelów, aby skłonić „małą Stasię” do wyjawienia sekretów.

Wystąpiła u Tomczykówny później jeszcze czwarta, sztuczna osobowość: „Wojtek”. Był on, zdaniem medium, tym czynnikiem, który poruszał ciężkie przedmioty i okazywał wielką siłę. Natomiast „mała Stasia” była personifikacją dziecięcych podświadomych wspomnień medium. W czasie badań była złośliwa i skłonna do oszustwa.

W toku doświadczeń Ochorowicz stwierdził także, że Tomczykówna posiada duże zdolności telekinetyczne i zdolność poruszania przedmiotami bez dotyku — nieraz w pełnym świetle dnia. Potrafiła, nie dotykając, podnieść i utrzymać w powietrzu różne lekkie przedmioty, mogła wpływać na toczącą się kulę rulety, aby wpadła do oznaczonej przegródki. Potrafiła zatrzymać z odległości wahadło ściennego zegara, mimo że w tym czasie Ochorowicz trzymał ją za ręce.

Zmieniając warunki doświadczeń Ochorowicz spostrzegł, że niekiedy z palców medium wyłania się jakaś substancja, która przybierała postać nitek fluidalnych. Ta substancja, nazwana później przez spirytystów ektoplazmą, została także zauważona także u Euzapji Paladino i okazała się włosami, jedwabnymi nitkami.

Ochorowicz nazwał tę substancję promieniami sztywnymi. Ale „promienie sztywne” to dopiero początek „odkryć” Ochorowicza. W toku dalszych eksperymentów obserwował też zjawiska, które nazywał promieniami elektrochemicznymi Xx.

„Są one — pisze Ochorowicz — najwyższym stopniem promieniowania mediumicznego. Działają one bezpośrednio na kliszę fotograficzną, ze znacznych nawet odległości. Wymagają znacznie większego wysiłku od medium, dochodzącego aż do gwałtownego bólu i paraliżu. Chemicznemu ich działaniu towarzyszy niekiedy zdolność wywoływania plam barwnych, o pięknych żywych kolorach, jakby nałożono farbę olejną na kliszę. Nie można ich naśladować żadnym ze znanych w fotografii sposobów. Nazwę nadaję im przez analogię do promieni Roentgena. Promienie Xx przechodzą przez najcięższe metale, marmur, kości, itp. Nie znalazłem ciała, które mogłoby zabezpieczyć przed ich działaniem...”.

W marcu 1909 roku na zaproszenie Ch. R. Richeta Ochorowicz wraz z Tomczykówną pojechał do Paryża. Zdarzył się tam wypadek, który Ochorowicz sam nazywa „fantastyczną przygodą mediumiczną”. Oto pewnego wieczoru ustami Tomczykówny „mała Stasia” powiedziała: — Chcę się fotografować! Postawcie aparat na stole pod oknem, nastawcie na odległość pół metra, dajcie krzesło przed stół i coś do okrycia.
- Możesz się fotografować tak, jak jesteś — perswadował Ochorowicz.
- Nie, daj ręcznik — odpowiedziało medium.
J. Ochorowicz w zaciemnionym pokoju użył nowej kliszy fotograficznej i wraz z medium opuścił pokój. W chwilę po tym zauważyli w szparze progu drzwi błysk światła i dało się słyszeć pukanie, że już się stało i można wywołać kliszę.

J. Ochorowicz wszedł pierwszy, w ciemności zamknął migawkę aparatu, następnie zapalił światło. Zmięty ręcznik leżał obok aparatu. Wielki zaś arkusz bibuły, znajdujący się poprzednio na komodzie, był rozdarty i mokry, a leżał w drugim rogu pokoju.

Po wywołaniu kliszy otrzymano sławne zdjęcie „małej Stasi”, które obiegło cały świat, będąc jednym z najczęściej cytowanych dowodów realności zjawisk mediumicznych. Doświadczenie to medium przypłaciło ciężkimi dolegliwościami trwającymi dwie doby (omdlenia, spazmy, kurcze, bóle).

We wrześniu 1911 roku Ochorowicz powiedział do zahipnotyzowanego medium: „...chciałbym dowiedzieć się, czy twój sobowtór mógłby swą rękę przecisnąć przez mały otwór, oświetlić ja i sfotografować”. Medium zgodziło się, ale radziło utrudnić zadanie. Niech Ochorowicz otwór flaszki zakryje swoją ręką. Ochorowicz odciął z nowej rolki spory kawałek błony filmowej (13x18 cm) i ten kawałek, który zaraz się zwinął, włożył do butelki. Ochorowicz trzymał butelkę, którą również medium objęło swoimi rękoma. Wszystko to odbywało się w ciemności. Nagle medium z przeraźliwym krzykiem upadło do tyłu, a Ochorowicz przystąpił do wywoływania filmu (musiał rozbić butelkę, aby go wywołać). Obraz ukazał się szybko i przedstawiał rękę. Ręka ta była większa od ręki medium i ręki Ochorowicza, który uważał to za rzecz zupełnie niezrozumiałą. Wynik eksperymentu wydaje się być sprzeczny z prawami fizyki. Błona była bowiem zwinięta w rurkę, toteż ręka sobowtóra astralnego musiałaby się też tak zwinąć, wytworzyć światło, które bez aparatu fotograficznego naświetliłoby tylko obraz ręki.

Jednak i to „osiągnięcie” Ochorowicza nie zamyka listy jego sukcesów. W jego obecności medium wielokrotnie fotografowało swoje myśli i wyobrażenia (np. wyobrażenie księżyca).

Takich fotografii w historii spirytyzmu otrzymano wiele. Wszystkie przedstawiają obraz płaski, sprawiają wrażenie jakby kopii wycinanek z kartonu. Podobną płaskość zauważono na fotografiach zmaterializowanych zjaw. Z jednej strony Ochorowicz uważał, że fotografia medialna podlega innym prawom optyki niż zwykła, z drugiej zaś strony, zdaniem współczesnych fotografików, zdjęcia te są przeważnie nieudolnym trickiem, a liczne zdjęcia lewitacji - słabym technicznie fotomontażem.

Takie zainteresowania Ochorowicza powodują, że spotyka się z coraz ostrzejszą krytyką. Na pierwszym zjeździe polskich neurologów, psychiatrów i psychologów we Lwowie w 1909 roku wygłasza referat na temat odkrytych przez siebie promieni sztywnych i promieni Xx. Po tym referacie dr A. Bychowski z Warszawy i, wtedy jeszcze docent, a później znakomity profesor o światowej sławie, Władysław Heinrich z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (psycholog) zgłaszają wniosek o zaniechanie dyskusji i zignorowanie referatu. Gdy wniosek upada, opuszczają salę wraz z częścią uczestników zjazdu. Wśród osób opuszczających obrady był także prof. N. Cybulski (UJ).

J. Ochorowicz zamierzał wyniki swoich badań opublikować w książce „Nowe formy energii”, którą planował wydać własnym sumptem we Francji, oczywiście, jak i większość swoich wcześniejszych prac - w języku francuskim. Aby móc to zrealizować, zwrócił się w roku 1912 do Kasy im. Mianowskiego z prośbą o udzielenie mu pożyczki, zabezpieczonej hipotecznie i poręczycielami w kwocie 2000 rubli. Prezes kasy, po zapoznaniu się z opinią o autorze, odmówił.

J. Ochorowicz w tej sytuacji wniósł nową prośbę o 1500 rubli na wydanie w Polsce dzieła pt. „O skojarzeniach ideoorganicznych”. Kasa znowu odmówiła. Warto tutaj przypomnieć, że ta sama kasa w roku 1887 udzieliła Ochorowiczowi pożyczki na wydanie w Paryżu książki pt. „De la suggestion mentale” (sugestia myślowa).

J. Ochorowicz zmarł na atak serca w Warszawie w 1917 roku i został pochowany w rodzinnym grobie na Cmentarzu Powązkowskim.

J. Ochorowicz był postacią kontrowersyjną. Miał szerokie zainteresowania. Był filozofem, psychologiem, przyrodnikiem i spirytystą. Łączył ciekawość badacza z syntetycznym umysłem filozofa. Zaczynał od prostych eksperymentów i stopniowo przechodził do coraz bardziej skomplikowanych. Niestety, jego nazwisko połączyło się ze spirytyzmem. Mało kto dziś pamięta jego zasługi w innych dziedzinach (chociażby jako pioniera psychologii klinicznej i eksperymentalnej). A to, że znalazł się w ślepej uliczce i nie potrafił krytycznie spojrzeć na obserwowane fenomeny? Nie tylko jemu to się przydarzyło

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1172
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Polscy parapsycholodzy.

Post autor: janusz » 09 marca 2011, 21:12

Wanda Dynowska Umadevi (1888-1971)
Umadevi – Bogini Uma, Świetlista Dusza. Ambasador kultury indyjskiej i polskiej, karma jogini, założycielka i organizatorka Biblioteki Polsko-Indyjskiej.
ObrazekPokazać duszę Polski Indiom, choćby małej garstce ludzi żywych i otwartych... Pokazać duszę Indii Polakom, choćby nielicznym, szerokim i pozbawionym rasowych i religijnych przesądów, którzy kochają człowieka bez względu na to, jaką część świata zamieszkuje, którzy szanują i cenią twórczą myśl ludzką, bez względu na formy i symbole, w jakich się wyraża – oto jeden z głównych celów mego wieloletniego przebywania w Indiach.
Jedyną dla mnie drogą, od której nie odstąpię nigdy, jest służenie Mistrzom i praca.


Wanda Dynowska urodziła się 30 czerwca 1888 roku w Petersburgu, jako córka adwokata Eustachego i Heleny z Sokołowskich. Całe jej dzieciństwo i lata młodzieńcze związane były z rodowym majątkiem ziemskim Istalsno, koło miasteczka Lucyn (łotewskie Łudza ). Matka Wandy łączyła cechy znakomitego gospodarza 800-hektarowego majątku z wielką wrażliwością duchową i zdolnościami jasnowidzenia. Ojciec prowadził kancelarię adwokacką. Dwór Dynowskich znajdował się nad jeziorem Istal, w miejscu wyjątkowo pięknym. Z jednej strony bezpośredni kontakt z przyrodą, znajomość drzew i ziół, opowieści matki o duchach przyrody, a z drugiej kontakt z goszczącymi we dworze literatami, malarzami, społecznikami, przysłuchiwanie się ich dyskusjom, ukształtowały dzieciństwo i młodość Wandy. Wyjątkowe uzdolnienia językowe i częste wyjazdy zagraniczne sprawiły, że władała biegle francuskim, włoskim, hiszpańskim i łotewskim; rosyjskim posługiwała się tylko w koniecznych przypadkach.
Z osób odwiedzających dwór w Istalsnie wpływ na rozbudzenie teozoficznych zainteresowań Wandy wywrzeć mógł przede wszystkim Tadeusz Miciński. Jednak na pytanie polskiego okultysty, Antoniego Sobieskiego, co przywiodło ją do ezoteryzmu, odparła: "Własne rozmyślania i zapewne wspomnienia z przeszłych wcieleń, bo dojście, że jedynym logicznym wyjaśnieniem zagadek życia (nierówności umysłowych, moralnych, społecznych itd.) jest reinkarnacja, było własne, samorzutne już w wieku 16-18 lat" . Pierwsza lektura teozoficzna, książka Filozofia ezoteryczna Indii, wywarła na Wandzie wielkie wrażenie; wiele lat później pisała o tym tak: "Bezkresne perspektywy. Życie nie ma początku ni końca, jest wieczystą twórczością, nieodłącznym atrybutem świadomości najwyższej – Boga" (Razem pod wiatr, Biblioteka Polsko-Indyjska).
ObrazekO swoich studiach przed 1914 r. pisała: "Studiowałam romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (...) Studia te miały mnie przygotować do pracy literackiej, do której ciągnęło mnie od dzieciństwa. Natomiast nauka na Uniwersytecie w Lozannie była przygotowaniem do pracy na roli w Istalsnie. W końcu ani jedno, ani drugie nie stało się moim zawodem. Już jako redaktor i wydawca podpisywałam się nieraz w rubryce zawód: writer and social worker" (z relacji pozyskanych przez A. Sobieskiego ).

Z wybuchem wojny w 1914 roku wyjechała z matką do Jałty, odwiedziła też Moskwę. W 1919 była już w Warszawie i rozpoczęła starania o utworzenie Polskiego Towarzystwa Teozoficznego. W tym samym roku udała się do Paryża, aby tam prosić Anne Besant o zgodę na założenie Towarzystwa. Zgodę uzyskała. W Paryżu poznała Jiddu Krishnamurtiego.
O życiu prywatnym Dynowskiej w tym okresie niewiele jednak wiadomo. Kazimierz Tokarski twierdzi, że miała narzeczonego imieniem Szczęsny, który zginął w potyczce z wojskami sowieckimi pod Baranowiczami w 1920 roku. Podobno bardzo odczuła tę śmierć i dlatego pozostała samotną osobą przez resztę życia.

W lipcu 1923 r. na kongresie w Wiedniu odbiera z rąk Jinarajadasy dyplom polskiej sekcji Towarzystwa Teozoficznego. Wkrótce potem zostaje sekretarzem generalnym Polskiego Towarzystwa Teozoficznego. Wygłasza odczyty w wielu miastach Polski, inicjuje powstanie spółdzielczego wydawnictwa Adyar, dokonuje licznych przekładów literatury teozoficznej. Od 1921 r. redaguje w Warszawie czasopismo Przegląd Teozoficzny, którego tytuł później został zmieniony na Myśl Teozoficzną i Biuletyn Teozoficzny; ogłasza też sporo własnych prac. Tłumaczy książkę At the Feet of the Master, w latach 30tych dokonuje przekładu szóstego wydania książki Paula Bruntona A Search In Secret India (Ścieżkami jogów), która została wydana drukiem przez jedną z największych polskich oficyn Książnicę-Atlas.

W odrodzonej Polsce Wanda Dynowska zakłada własną organizację Służebników Polskich, działających na rzecz spraw kulturalnych i społecznych. W 1926 roku w czasie przewrotu majowego „Służebnicy” należeli do najbardziej oddanych kurierów Marszałka Piłsudskiego. Poglądy społeczne Wandy w pewnej mierze ukształtował Bolesław Limanowski, wybitny historyk, socjolog i publicysta, współtwórca Polskiej Partii Socjalistycznej. Polscy teozofowie pod względem politycznym różnili się. Najliczniejszą grupę stanowili zwolennicy Marszałka Józefa Piłsudskiego, do nich należała Dynowska, do końca wierna Jego pamięci.

Jesienią 1935 r. pożegnała się z Polską, odwiedzając w Krakowie Wawel i Kopiec Piłsudskiego, a także Tatry. Po dłuższej podróży morskiej przybyła 22 grudnia do Adyaru, gdzie rozpoczynał się Kongres Towarzystwa Teozoficznego. Wybierając się do Indii, Wanda Dynowska nie przypuszczała, że kraj ten stanie się jej drugą ojczyzną. Miała bilet powrotny ważny na trzy miesiące. Ale kiedy przybyła do aśramy Ramany Maharshiego, poczuła coś tak przedziwnego i nowego, że postanowiła zostać w Indiach aby to „coś” zbadać. Odesłała bilet. Jak sama wspomina: „Nieraz w przeciągu tych lat chciałam powrócić do Polski, a przecie wciąż coś mnie silnie zatrzymywało... Dziś wiem, dlaczego zostałam. Biblioteka Polsko-Indyjska musiała się urodzić. 35 książek dla Polski musiało być wydanych, a w Polsce nigdy by mi się nie udało tego dokonać. Ale wówczas jeszcze o tym nie wiedziałam, był tylko wewnętrzny nakaz – zostać!”
Pierwsze lata pobytu w Indiach przynoszą w jej życiu szereg ważnych wydarzeń. Zafascynowana nauką Śri Ramany Maharshiego, decyduje się zostać w aśramie całe lata. Później porywają ją idee i postać Mahatmy Gandhiego. Poznaje go podczas Zjazdu Kongresu Narodowego i zostaje jego bliską współpracownicą. „Od razu nawiązał się z nim kontakt(...) Odbył ze mną długą rozmowę, która stała się początkiem bardzo głębokiego, przyjacielskiego stosunku. Gandhi kiedyś powiedział: „Oh, you are one of us...”

Często odwiedza jego główną kwaterę w Magawadi-Wardha. Włącza się w działalność na rzecz niepodległości Indii. W listach wiele pisze o stosunkach społecznych, poznaje warunki życia ludności wiejskiej. Uczestniczy w spotkaniach z różnymi hinduskimi środowiskami, przemawia m.in. na temat miłości ojczyzny i wpajania jej w serca dzieci, uczy słuchaczy dostrzegania wielkości Indii. Stara się uczestniczyć w życiu Hindusów i w tym celu np. podróżuje pociągami trzecią klasą.

W pierwszych latach pobytu w Indiach powstają wiersze Awiczi, napisany w Magawadi-Wardha w grudniu 1936 r. i Tęsknota odwieczna do Maharisziego, pisany w Aśramie Tiruwannamalai pod Górą Świętego Płomienia. Związana szczególną duchową więzią z osobą Śri Ramany Maharshiego będzie często wracała pod świętą górę Arunaczala ; twierdziła, że to Maharshi w sposób duchowy wpłynął na jej przyjazd do Indii. W przyszłości w jej korespondencji odnajdziemy odkrywane przez nią podobieństwa między nauką Maharshiego a myślą Krishnamurtiego. Wnika coraz głębiej w duchowość hinduizmu, poznaje u źródeł jogę i wielu jej wybitnych przedstawicieli. Wiersz Gdzie jesteś, poświęcony Swamiemu Lakszmana z Iszbar w Himalajach, pisała w Mysore na świętej górze bogini Czamundi (zob. W. Dynowska, Pielgrzymka hinduska w głąb Himalajów oraz Kaszmir, Biblioteka Polsko-Indyjska 1959.) W Bangalore w lipcu 1937 r. powstaje wiersz Noc Sziwy dedykowany Morowi, czyli Maurycemu Frydmanowi (1901-1976). Przybył do Indii wcześniej, otrzymał imię Bharatananda, a teraz wprowadzał Dynowską w wiele spraw ich drugiej ojczyzny, inspirując ją do podjęcia szeregu ważnych przedsięwzięć.

Tę działalność przerwał wybuch II Wojny światowej. Wanda Dynowska podejmuje próbę powrotu do kraju, dociera jednak tylko do Rumunii. Tak sama wspomina: „To była dość niezwykła historia; kiedy odbierałam wizę wyjazdową w Bombaju, sekretarz rządu powiedział mi, że powinnam wziąć wizę powrotną do Indii. Nie miałam wtedy zamiaru wracać, więc wzbraniałam się. Sekretarz jednak tak usilnie namawiał, bym tę wizę wzięła, że ostatecznie zgodziłam się. I to mnie uratowało. Bo w dziewięciu krajach Europy nikt nie dawał mi wizy pobytowej. Objechałam wtedy Rumunię, Bułgarię, Włochy, Francję, Jugosławię, Turcję; żadne państwo mnie nie chciało. Nie miałam innego wyjścia, jak wrócić do Indii”.

Ze wspomnień Ireny Hradyskiej, sekretarki W.Dynowskiej w latach 1946-48, drukowanych w londyńskich Wiadomościach w 1960 roku:
„Gdy Uma Devi była pochłonięta walką o niepodległość drugiej ojczyzny, gazety przyniosły do Indii hiobową wieść: ‘Dziś nad ranem 1 września Niemcy napadły na Polskę, wojna w Europie’. Z miejsca przedzierzgnąwszy się z kobiety w sari w europejską podróżniczkę, Wanda Dynowska ruszyła w drogę do Polski. Gdy dotarła do Rumunii, zastała uchodźców, rozbite jednostki wojskowe, rząd i ludzi, z którymi kiedyś łączyło ją tak wiele w czasach pracy niepodległościowej z Józefem Piłsudskim. Teraz było już po wszystkim. W pierwszym porywie chciała przedrzeć się do Polski. Iść pod prąd tych, co uciekali na Rumunię. Nie udało się. Pierwszy chyba raz w życiu pokonana, wróciła do Indii. Została zatrudniona w dziale propagandy (konsulatu polskiego), przysparzając wielu kłopotów pracownikom MSZ. Nie można sobie wyobrazić dowcipniejszej kombinacji, z jednej strony panowie w bez zarzutu skrojonych tropikalnych garniturach, z minami zapożyczonymi od Edena, pedantyczni, dobrze ułożeni, owijający wszystko w dyplomatyczną bawełnę, traktujący Indusów z pobłażliwą wyższością, zupełnie nie interesujący się kulturą i religią tego kraju, z drugiej strony kobieta depcząca konwenanse bosą stopą w sandałach, odziana w ręcznie tkane samodziały, z czerwoną kropką wymalowaną między brwiami na znak praktykowania hinduizmu, nie dająca się nagiąć do urzędowych godzin, wprowadzająca chaos do szufladek i kartotek, mówiąca wszystko, co na myśli i sercu, bez ogródek”.

Po powrocie do Indii interesowało ją tylko jedno pytanie: co może zrobić dla Polski? Co może zrobić dla kultury swojego kraju? Idąc za radą Ramany Maharshiego zabrała się do tłumaczenia Bhagawad Gity, najświętszej księgi Hindusów. W czasie trzech lat pracy dla konsulatu polskiego w Bombaju odkładała ¾ swoich zarobków i te oszczędności były pierwszym kapitałem zakładowym Biblioteki Polsko-Indyjskiej.

Osobnym rozdziałem jej życiorysu była podjęta spontanicznie praca wśród Polaków, którzy zdołali wyjechać z Armią Andersa ze Związku Sowieckiego i przez Iran dotarli do Indii. Szczególnie związana była z obozem w Valivade i chociaż nie wszyscy ją aprobowali ze względu na światopogląd i indyjskie sari, czyniła co mogła, aby mieszkających tam Polaków wprowadzić w świat miejscowej kultury i warunków życia, a także ulżyć ich troskom.
Ze wspomnień Ireny Hradyskiej: „Z przyjazdem do Indii 5000 zesłańców z Syberii i Kazachstanu, zaczął się dla niej nowy, jeszcze czynniejszy rodzaj życia. Na parę lat trzeba było zapomnieć o medytacjach w aszramach induskich. Żywi ludzie, tylko co zwolnieni katorżnicy, a zwłaszcza dorastająca młodzież oderwali ją od świata mistyki. Im chciała pokazać Indie, z ich głębią myśli filozoficznej, a Indiom odkryć duszę Polski, jej historię, kulturę. Uważała, że oba narody łączy mimo odległości geograficznej nić podobieństwa. W ciągu pięcioletniego pobytu uchodźców w Indiach była częstym gościem w osiedlach polskich, szczególnie w obozie Valivade koło miejscowości Kolhapur. Na odczytach jej było zawsze przepełnienie”.

Rozwija swą działalność we współpracy z wybitnym poetą hinduskim Harisczadra Bhatt, tłumaczem literatury polskiej. W prasie indyjskiej publikuje artykuły informujące indyjskie społeczeństwo o sprawach swej ojczyzny. Organizuje też zespół regionalny, który odbył tourne po południowych Indiach, występując m.in. przed Śri Ramaną Maharshi.

Wspomina Wanda Dynowska: ”...konsulat był w Bombaju, ja mieszkałam w służbowym pokoiku przy urzędzie. Tak było przez trzy lata. Potem zamknięto konsulat, uchodźcy polscy wyjechali, a ja udałam się na południe i zabrałam się solidnie do tłumaczeń. (...) tłumaczenia to piętnaście lat siedzenia po 8-16 godzin dziennie; tak jakbym zamknęła się przed światem i robiła tylko to. Dlatego mogłam tyle wydać. Kapitał zakładowy – to najpierw była moja odprawa, trzy tysiące rupii, potem Frydman trochę pomógł. I taki był początek. Następnie zaczęliśmy prosić o pomoc różnych patriotów hinduskich (...) Potem doradzono mi zwrócić się do ministerstwa oświaty Indii z prośbą o subsydium. I odtąd przez dwanaście lat otrzymywałam z ministerstwa trzy tysiące rupii rocznie.”.

Wanda Dynowska razem z Maurycym Frydmanem rozpoczynają w 1944 r. wydawanie Biblioteki Polsko-Indyjskiej. Pierwszy tom, oznaczony numerem P-1 nosił tytuł Z pielgrzymką hinduską w głąb Himalajów. Większość ze swych skromnych zarobków w Konsulacie poświęcała wówczas na zakup polskich czcionek. Inicjują również Bibliotekę Indyjsko-Polską, wydając pod numerem A-1 książkę P. Jordana First to Flight, w której zawarty był opis Kampanii wrześniowej 1939 r. i charakterystyka narodu polskiego, który nie wydał ani Quislinga, ani Lavala. W tej drugiej serii Dynowska publikowała książki w językach angielskim, hindi i tamil, m .in. dokonała wyboru i przekładu na angielski poezji polskiej od Kochanowskiego do współczesności The Scarlett Muse. Redagowała i współtworzyła zbiorową pracę All for Freedom – The Warsaw Epic (1946).

Biblioteka Polsko-Indyjska rozwijała się przez następne dziesięciolecia w kilku kierunkach tematycznych. Znakomitą większość książek teozoficznych tłumaczyła na zamówienie T. Drobnego z USA. Część z uzyskanych tą drogą honorariów przeznacza na wydawanie drogich sercu tomików Krishnamurtiego. Ale prawdziwe opus magnum pracy literackiej i wydawniczej to kolejne edycje sześciu tomów Antologii Indyjskiej – w tym przypadku korzystała z funduszy Indyjskiego Ministerstwa Oświaty. Polski orientalista Tadeusz Margul nazwał ją wielką ambasadorką kultury indyjskiej ("Wkład uczonych polskich do poznania myśli indyjskiej", Przegląd Orientalistyczny nr 1, 1980).
Praca nad tomami Antologii Indyjskiej była ogromna. Studia przeprowadzała głównie we wspaniałej bibliotece Towarzystwa Teozoficznego w Adyarze; egzegezę starych, klasycznych tekstów konsultowała ze znawcami problematyki, i tak, przy pracy nad tomem VI bardzo jej pomógł Swami Anirwan. Była w jednej osobie tłumaczem, korektorem, musiała zdobywać papier i fundusze, walczyć z nieuczciwymi kierownikami drukarń. Przeważnie sama pakowała książki, adresowała i wysyłała po kilka egzemplarzy do indywidualnych odbiorców w Polsce i innych krajach. Koszty przesyłek były nieraz więcej niż uciążliwe. Nie wszystkie paczki docierały do adresatów. Wydanie i rozesłanie kilkudziesięciu tomów Biblioteki było gigantycznym przedsięwzięciem! Nigdy nie była pewna, czy wystarczy pieniędzy na dokończenie druku, oprawę i wysyłkę jakiejś pozycji, o pieniądze musiała niekiedy niemal żebrać. Niekiedy trochę zarabiała drukując książki nie związane z jej seriami.

W żółtych okładkach z emblematem świętego OM dotarły do kraju w jej tłumaczeniu i opracowaniu Bhagawad Gita, Tirukural, Antologia indyjska (początkowo jako Antologia poezji indyjskiej) w sześciu tomach poświęconych sanskrytowi, tamilskiemu, hindi, gudżarati z pismami Gandhiego, marathi i bengali, dalej Nauka Szri Ramana Maharishi, pisma J. Krishnamurtiego, Anny Besant, Leadbeatera, Śri Aurobindo, G.S. Arundale’a, Vivekanandy, Claude Bragdona Joga dla Ciebie, czytelniku, P. Carusa Nauka Buddy, R. Tagore Sadhana, C. Dżinaradżadasy i W. Dynowskiej O przyrodzie i sztuce, W. Dynowskiej Wiersze indyjskie, Czy tylko raz żyjemy na ziemi, Indie w walce o wolność oraz Prawo ofiary i nauka serca, a u schyłku życia również dwa zbiory poezji tybetańskiej oraz opis pielgrzymki w głąb Himalajów i Buddyzm mahajana. Dużo materiału osobistego zawarła Umadevi w Z rozmów ze sobą, a błysnęła erudycją i subtelnością w uwagach Hinduska bhakti w 1. tomie Antologii indyjskiej jak również tamże w rozprawce Nieco o literaturze sanskryckiej. Wydała też drugą Podstawy hinduskiej kultury. Później równolegle do Antologii Indyjskiej wychodziła w latach 1946-47 Indian-Polish Library, prezentująca czytelnikowi indyjskiemu celniejsze dzieła polskie w przekładzie na angielski.

Dopiero ok. 1969 r. większość spraw wydawniczych przekazała Frydmanowi. W jednym z listów do Stefanii Krasowskiej pisała: "Ów pomost, który buduję książkami między duszą Indii i Polski (...) jest dla dalekiej przyszłości. Co wart i jakie ma znaczenie nie wiem (...) Dowiem się o tym w chwili śmierci, bo się wówczas w jednym błysku widzi istotną prawdę swego życia, Dharmę swą i posłannictwo". Wielki dar Wandy Dynowskiej-Umadevi dla Polski, Biblioteka Polsko-Indyjska, ciągle czeka na fachowe opracowanie.

Jej związek duchowy i spotkania z Jiddu Krishnamurtim trwały od roku 1920. Pewna przerwa nastąpiła w latach wojny, kiedy, jak pisała ok. 1953 do Zofii Wilczyńskiej: "duszę miałam tak pełną polskiej tragedii, rozszarpania waszego i innych zbiorowości, że na nic innego nie było miejsca zwłaszcza, że cała nauka Krishnamurtiego jest ponadnarodowa". Wraca do tej nauki po 1948 r. W liście pisanym w Górach Nilgirii stwierdza: "Dziś nie wolno - przystanąć - dziś Krdżi trudzi się o człowieka, o - zbawienie - ludzkości, o Prawdę, a ja Jemu - oddałam - siebie na ten wielki eksperyment budzenia nowej, wyższej świadomości w Człowieku. Jedno serce jest żywą cząstką całości. Takich mu trzeba, w których by się przemieniło do dna i wychyliło w nowy wymiar życia" (list do Zofii Wilczyńskiej 21 maja 1950).

Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych Dynowska zrywa wszystkie formalne związki z organizacjami, do których wcześniej należała, m.in. z Towarzystwem Teozoficznym, choć jeszcze przez dłuższy czas mieszkała w jego siedzibie w Adyarze. Kiedy w 1960 r. wróci do Madrasu po kilkumiesięcznym pobycie w Polsce, zobaczy niespodziewanie Krishnamurtiego w postawie medytacyjnej w adyarskim Parku Pamięci. Główna Kwatera Towarzystwa Teozoficznego była dla nich obojga do końca otwarta.
Korespondencja Dynowskiej z lat 1949-1964 zawiera wiele wzmianek o Krishnamurtim. Pisała o własnych mistycznych przeżyciach, o swoim rozumieniu jego nauczania i o tym, jak go czytać: "Powiedz panu S. niech czyta książki Krdżi bez myślenia i analizy – wprost jak szumu drzew słucha lub plusku fal albo muzyki i niech przekona się jak to działa. Intelekt trzeba wyrzucić za drzwi!" (z listu do Stefanii Krasowskiej, bez daty).

Wanda Dynowska po II Wojnie światowej odwiedziła Polskę dwukrotnie: w 1960 i 1969 r. W jej obszernej korespondencji wiele jest wyrazów tęsknoty za krajem i żywego zainteresowania sprawami Polaków. Zarówno pierwsza, jak i druga wizyta trwały po kilka miesięcy, wygłosiła w ich trakcie dziesiątki odczytów i odbyła setki spotkań. Mówiła m.in. o Gandhim, Krishnamurtim i Śri Ramanie Maharshi. Spotkała się z życzliwym przyjęciem i dużym zainteresowaniem.

W sierpniu 1960 r. przyjął Dynowską na audiencji Biskup Karol Wojtyła, któremu ofiarowała wydane przez siebie tomy Antologii Indyjskiej. Ponowna audiencja miała miejsce w listopadzie 1969 r. Specjalnie odkładała termin wyjazdu z Krakowa, aby spotkać powracającego z podróży zagranicznej Kardynała Wojtyłę. Przedstawiła mu rozpaczliwe położenie narodu tybetańskiego. Kardynał wyraził swe głębokie współczucie i obiecał odprawić mszę w intencji pomordowanych i żyjących Tybetańczyków (zob. Kalendarium życia Karola Wojtyły, oprac. Ks. A. Boniecki, Znak, Kraków, s. 180 i 354.) Pamiętam jej słowa skierowane do mnie wówczas w listopadzie 1969 r.: "Kardynał Wojtyła będzie pierwszym słowiańskim papieżem". Po wyjeździe z Polski wielokrotnie wspominała w listach o głębokim wewnętrznym kontakcie z Księdzem Kardynałem i o godzinach przeżytych w Katedrze na Wawelu, prosząc o pamięć i modlitwę specjalnie w tym sanktuarium.

W 1960 r. Dynowska rozpoczyna ostatni i bardzo znaczący rozdział życia: postanawia pracować wśród dzieci tybetańskich, które w czasie inwazji chińskiej i przeprawy przez Himalaje utraciły rodziców. Wyjeżdża na północ Indii i już 27 grudnia 1960 r. z himalajskiej miejscowości Upper Dharamsala pisze, jak się jej serce wyrywa do tych dzieci: "ludzie w sześćdziesiątym roku życia idą na emeryturę, a ja w siedemdziesiątym trzecim zacznę nową dziedzinę pracy". Tę pierwszą zimę zdołała przetrwać w bardzo prymitywnych, wręcz surowych warunkach w górach, następną spędza w Adyarze, a później w osadzie tybetańskiej Bylakuppe koło Mysore. Do Upper Dharamsala, siedziby Dalaj Lamy i dużego skupiska Tybetańczyków, dojeżdżała wiosną, aby pracować tam do późnej jesieni.

Co robi? Można śmiało powiedzieć, że w ciągu tego "tybetańskiego dziesięciolecia" – wszystko! Opatruje i karmi, szyje sukienki i wyprawki do szkół, uczy różnych przedmiotów, przede wszystkim języka angielskiego. Znajduje szkoły i miejsca w internatach dla młodzieży w różnych ośrodkach Indii i poza ich granicami; dla znacznej grupy zdobywa stypendia, m.in. szwajcarskie. Pozostaje w stałym kontakcie z Dalaj Lamą i jego otoczeniem.

Z biegiem lat coraz więcej czasu i serdecznego wysiłku poświęca kulturze i oświacie tybetańskiej. Pomimo tak wielu obowiązków nie zaniedbuje pracy wydawniczej. W Bibliotece Polsko-Indyjskiej ukazują się tomiki Krishnamurtiego, ale tematyka się zmienia. W 1962 r. ukazuje się Nauka Buddy Paula Carusa. Książka ta była podstawą do nauczania religii w opowiadaniach, kiedy młodzi Tybetańczycy przebywający w Madrasie (porą zimową) w każdy wolny dzień przychodzili do adyarskiego mieszkania – jak ją nazywali – Babci Moli. W 1965 r. ukazuje się Buddyzm mahajana, a w 1967 uroczy tomik Wianuszek drogocenny o Dharmie Buddy wśród Ptaków - Ludowa Pieśń Tybetańska. Z pewnym mnichem tybetańskim pracowała nad książką o mahajanie (z listu do Zofii Wilczyńskiej z 22 czerwca 1964). Opracowała referat o symbolicznym, religijnym tańcu Tybetu, który został przedstawiony na Zjeździe Orientalistów w New Delhi w 1964 r.

W 1970 r. zdrowie Dynowskiej załamało się; 18 sierpnia tego roku pisała do Frydmana: "Pies (wyj.: tak nazywała swoje ciało) wytrzymał podróż z Upper Dharamsala do New Delhi ale jest na wpół przytomny". Jesienią 1970 r. przeniosła się do rzymsko-katolickiego klasztoru w Mysore, gdzie mieszkały i uczyły się jej podopieczne, dziewczęta tybetańskie. Zaprzyjaźniona z nią przeorysza, Siostra Barbara, serdecznie zajęła się chorą, w czym pomagały jej dwie tybetańskie uczennice i pielęgniarka Zofia Pawlik. Odwiedzali i wspierali ją lamowie. Dzięki katolickiemu arcybiskupowi Mysore nawiązał z nią kontakt ks. Marian Batogowski. Gdy nastąpiło znaczne pogorszenie, Wanda Dynowska odmówiła przyjmowania leków. 20 marca 1971 r. poprosiła księdza Batogowskiego, aby odprawił mszę, przyjęła komunię, a następnie ubrana w odświętne karminowe sari, przybrawszy klasyczną pozycję medytacyjną, zapadła w trans. Odeszła krótko przed północą. Kapłan, który był przy niej, pisał potem, że uważał za wielka łaskę Bożą to, że mógł dopomóc w przejściu na druga stronę takiemu człowiekowi.

Zgodnie z jej ostatnią wolą i za zgodą arcybiskupa Mysore tej samej nocy jej zwłoki Tybetańczycy zabrali do Bylakuppe , gdzie następnego dnia lamowie, przy współudziale tamtejszej społeczności, dokonali obrzędów pogrzebowych. Pamięć Wandy Dynowskiej uczczono bardzo znaczącym gestem, budując w pobliżu Bylakuppe stuppę Tenzin Chodon (takie nosiła tybetańskie imię). Wydano też drukiem krótkie wspomnienie z jej podobizną: Ku pamięci Umadevi, z podtytułem: Broszura wydana ku wiecznej i serdecznej pamięci o Umadevi została przygotowana i wydana przez jej chłopców i dziewczęta z Tybetu oraz wydrukowana przy łaskawej pomocy przyjaciół Umadevi z Madrasu.
http://www.logonia.org/content/view/477/2/

ODPOWIEDZ