Ponura Legenda Neapolu

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1178
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Ponura Legenda Neapolu

Post autor: janusz » 21 października 2013, 22:06

Ponura Legenda Neapolu
Każde miasto ma swoje legendy, znane głównie lokalnym mieszkańcom i zwiedzającym je turystom. W kilku przypadkach historie te wyszły jednak poza mury metropolii i stały się słynne na cały świat. Niektóre z nich potrafią zmrozić krew w żyłach nawet na odległość setek kilometrów. Tak z pewnością jest w przypadku Neapolu i opowieści o jego najsłynniejszym alchemiku, który nazywał się Raimondo di Sangro.

Obrazek

Przyszły wynalazca i konstruktor przyszedł na świat 30 stycznia 1710 roku jako siódmy książę Sansevero, w prostej linii potomek samego cesarza Karola Wielkiego. Jego matka Cecylia Gaetani dell’Aquila d’Aragona zmarła, zanim skończył rok, a rozczarowany troskami życia doczesnego ojciec, Antonio di Torremaggiore, nie dbając o wychowanie synka, wstąpił do zakonu. Pozbawiony rodziców mały Raimondo trafił pod opiekę swojego dziadka, Paolo.

Chłopiec bardzo szybko ujawnił nieprzeciętną inteligencję oraz talent do naprawiania przedmiotów. Gdy podrósł, wysłano go do Rzymu, by dalsze nauki pobierał w kolegium prowadzonym przez jezuitów. To właśnie tam po raz pierwszy wprawił wszystkich w osłupienie, projektując scenę, składaną i otwieraną w ciągu zaledwie minuty niczym harmonijka, jedynie za pomocą systemu lin. Niektórzy już wtedy uznali, że Raimondo nie jest zwykłym śmiertelnikiem, a za sojuszników ma złe moce.

Po odbyciu nauki i powrocie do rodzinnego miasta di Sangro nie przestał zadziwiać. Od razu zdobył sobie uznanie miejscowej intelektualnej „śmietanki” jako filozof, znakomity przyrodnik i znawca współczesnej sztuki. W 1734 roku na tron w Neapolu wstąpił Karol III Burbon, późniejszy król Hiszpanii, a młody konstruktor z miejsca stał się jednym z jego ulubieńców. Dla nowego władcy dziedzic Sansevero skonstruował: wodoodporną tkaninę, superlekkie stalowe działo, które strzelając pod ciśnieniem, uzyskiwało zasięg znacznie większy niż standardowe wyposażenie ówczesnego wojska oraz maszynę hydrauliczną zdolną pompować wodę na niewyobrażalne wysokości. Zaangażowanie di Sangro w działalność armii króla Karola zaowocowało traktatem o zastosowaniu piechoty podczas bitwy, zaś w 1744 roku Raimondo osobiście dowodził jednym z regimentów w czasie wojny Burbonów z Habsburgami.

Jednak ponurą sławę, która przetrwała setki lat, zdobył jako alchemik. Na początek książę zajął się remontem kaplicy rodowej Sansevero, która stać się miała jego pracownią, a zarazem najbardziej niepokojącym i zagadkowym miejscem w Neapolu. Wzniesiono ją ponoć przed laty na miejscu dawnej świątyni bogini Izydy, a w przeszłości dokonano w niej niejednego morderstwa.

Obrazek

Di Sangro pracując w podziemiach kaplicy, wynalazł „wieczne światło” – płomień, który nie gasł przez trzy miesiące, zużywając niewiarygodnie małe ilości paliwa. Odkrywca powiedział zagadkowo, że ów ogień pochodzi z kości najszlachetniejszego zwierzęcia na Ziemi. Większość współczesnych uznała, iż miał na myśli zmielone kości ludzkiej czaszki! Skąd wynalazca czerpać miał „materiał” do takich badań? Według jednej z czarnych legend Raimondo odkupywał dzieci od biednych rodziców. W ten sposób zasilał m.in. swój prywatny chór kastratów…

Podobno książę potrafił w laboratorium odtworzyć cud krzepnięcia i topnienia krwi św. Januarego. Nic dziwnego, że z kaplicy nocami zaczęły dobywać się dziwaczne dźwięki i światła. Przerażeni neapolitańczycy wkrótce przestali w ogóle zbliżać się do „świątyni”. Pojawiły się pogłoski o tym, że książę Sansevero jest dziedzicem ezoterycznej tradycji różokrzyżowców. Wskazywała na to m.in. statua Boga Nilu stojąca nieopodal jego domu. Czy wynalazca rzeczywiście stał się spadkobiercą alchemicznych rytuałów sięgających czasów starożytnego Egiptu, trudno powiedzieć. Z całą pewnością był za to masonem i to nie byle jakim, gdyż od połowy XVIII wieku przewodził Wielkiej Loży w Neapolu. Między innymi z tego tytułu został obłożony klątwą przez samego papieża – Benedykta XIV!

W tym samym czasie w kaplicy Sansevero prace remontowe zmierzały już ku końcowi. Wszystkiego doglądał sam książę: to on wybierał rodzaj marmuru, ustawiał rzeźby i wplatał wolnomularską symbolikę w wystrój wnętrza. Na potomnych największe wrażenie zrobiły zwłaszcza techniki użyte do wykonania posągów. Raimondowi udało się bowiem uzyskać efekt, o jakim inni artyści mogą jedynie pomarzyć, a rozwiązania zagadki, jak tego dokonał, nie znamy do dziś!

Obrazek

Sarkofag „Chrystus spowity całunem” (inna nazwa „Okryty Jezus”) znajduje się w centralnym miejscu kaplicy. Powstał w 1753 roku i wyszedł spod dłuta Giuseppe Sanmartino, jednak najważniejszy element instalacji – muślinowy welon – jest ponoć autorstwa samego di Sangro i powstał w jego laboratorium. Według świadków książę przyniósł go ze sobą, okrył nim gotowy już posąg, a następnie nasączył materiał tajemniczym płynem, który w ciągu kilku chwil zespolił się z marmurem i skamieniał. Mimo to pozostał na tyle przezroczysty, że widać pod nim wyraźnie zarys ciała martwego Jezusa! Pofałdowany całun, zarazem kryjący, jak i odsłaniający umęczonego Mesjasza, w mistyczny, nieosiągalny dla innych sposób oddał jego przedśmiertne cierpienie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Zgodnie z legendą żaden z towarzyszących księciu artystów nie odważył się po tym swoistym pokazie koagulacji materii wypolerować muślinu. Uczynić to miał dopiero sam Raimondo.

Obrazek

Według innej wersji welon nie był dziełem dziedzica Sansevero, toteż ten, zachwycony wykonaniem, oślepił a nawet uśmiercił autora, by nigdy nie stworzył on podobnego majstersztyku. Zgodnie z historyczną prawdą Sanmartino zmarł dopiero w 1793 roku i do końca swoich dni cieszył się dobrym wzrokiem. Jednak jeden z najbliższych współpracowników księcia, wenecki rzeźbiarz Antonio Corradini, mistrz Sanmartino, zmarł właśnie w Neapolu, rok przed oficjalną prezentacją „Chrystusa spowitego całunem”. Co więcej, Corradini jest autorem innego arcydzieła z tej kaplicy – statui symbolizującej Ukrytą Prawdę, a przedstawiającej matkę alchemika – Cecylię Gaetani. Jej ciało również okrywa muślinowy welon, nie tak znakomity jak w przypadku Chrystusa, ale także robiący spektakularne wrażenie…

Obrazek

W XX wieku wykonano szczegółową analizę rzeźb z kaplicy Sansevero, jednak nawet współczesna nauka okazuje się bezradnaw konfrontacji z geniuszem ich autora. Okazało się, że „Chrystusa spowitego całunem” wykonano z jednego materiału, a w kamieniu nie wykryto śladów żadnej obcej substancji! Niektórzy badacze uważają, że w procesie krystalizacji Raimondo użył na welonie lub na sieci wapna gaszonego lub też rozcieńczonego roztworu wapnia z tlenkiem węgla, tworząc wrażenie marmuru. Tak czy inaczej, technika ta nie została rozszyfrowana nawet z użyciem najnowszej aparatury badawczej.

Obrazek
Innym przykładem „sztuki niemożliwej” jest rzeźba „Rozczarowanie”, której autorem jest Francesco Queirolo. Pozornie przedstawia ona mężczyznę (prawdopodobnie ojca księcia – Antonio di Torremaggiore) próbującego z pomocą skrzydlatego chłopca uwolnić się z rybackiej sieci. Zwiedzających zastanowić może symbolika dzieła stanowiącego alegorię pozbywania się fałszywych złudzeń dzięki intelektowi. Jednak uważny obserwator dostrzeże jeszcze jeden element – sieć całkowicie oplata wyrzeźbioną postać, tymczasem z całą pewnością zamocowano ją później. Jak więc mogła znaleźć się między rzeźbą a jej postumentem?

Po renowacji kaplicy Raimondo poświęcił się eksperymentom. Publice przedstawiał kolejne wynalazki – pierwszą w Neapolu i prawdopodobnie w całej Europie maszynę drukującą w kilku kolorach oraz niezwykłą amfibię – pojazd przemieszczający się bez kłopotu zarówno po lądzie, jak i po powierzchni wody.

Obrazek

Ta „nawodna kareta”, jak ją nazywano, zbudowana została z korkowca, poruszała się zaś przy pomocy systemu zręcznie zamontowanych kół. Ale tak naprawdę książę Sansevero swoimi oryginalnymi wytworami zamierzał jedynie odwrócić uwagę ogółu od znacznie mniej przyjemnych kwestii, którym oddawał się w zaciszu kaplicy. Prawdopodobnie przygotowywał „maszyny anatomiczne”, swoje opus magnum. W podziemiach, do których zejść trzeba wąskimi żelaznymi schodkami, znajdują się dwa szkielety, mężczyzny i ciężarnej kobiety, znacznie się jednak różniące od tych, które znamy z podręczników biologii. W obu przypadkach uwagę przykuwa bowiem znakomicie zachowany układ krwionośny! W jaki sposób udało się zachować sieć żył i tętnic, które nie niszczeją mimo upływu wielu lat, nie wiadomo.

Obrazek

Prawdopodobnie modele te wykonał nadworny lekarz księcia Giuseppe Salerno. Legenda głosi, że powstały one poprzez wstrzyknięcie obu osobom jeszcze za życia tajemniczej substancji, być może rtęci. Zastrzyk wywołał proces zastygnięcia arterii i śmierć w ogromnych męczarniach. Proces metalizacji naczyń spowodował, że krwiobieg obojga nieszczęśników zachował się w doskonałym stanie, widoczne są nawet najmniejsze żyłki i naczynka włosowate. Początkowo pojawiły się pogłoski, iż modele te spreparowano z nitek i wosku, jednak dalsze badania potwierdziły, że szkielety są pochodzenia ludzkiego. Wskazywały na to również pozostałości żywej tkanki przy stopie mężczyzny.

Według najbardziej popularnej teorii oba zakonserwowane ciała należały do służących di Sangro. Szczególnie makabryczny wydaje się los ciężarnej kobiety. Dokładna analiza jej „fantomu” pozwala dostrzec otwarte łożysko i pępowinę łączącą ją z nienarodzonym dzieckiem.

Jakim trzeba być potworem, żeby w imię badań naukowych dopuszczać się takich zbrodni? Znany włoski historyk epoki oświecenia, Antonio Genovesi tak opisuje księcia Sansevero: „To niski człowiek, z dużą głową i miłą, młodzieńczą aparycją. Sprawia wrażenie filozofa pochłoniętego przez nauki mechaniczne. Jest uprzejmy, skromny, wykształcony i dobrze wychowany, lubujący się w rozmowach z oczytanymi ludźmi”. Pozornie mamy więc do czynienia z osobą łagodną, niezwykłym omnibusem (mówił ponoć m.in. po arabsku i hebrajsku) i jedną z najbarwniejszych postaci swoich czasów.

Słowa te mocno kontrastują jednak zarówno z genezą powstania „maszyn anatomicznych”, legendami o oślepianiu swoich rzeźbiarzy, zabijaniu dzieci na potrzeby eksperymentu i kastrowaniu chłopców do prywatnego chóru. Niektóre źródła wspominają nawet, że Raimondo dodatkowo pozbawił życia aż siedmiu kardynałów. Z opisów tych wyłania się zgoła inna postać niż z charakterystyki Genovesiego.

Kolejną „makabryczną” cegiełkę do życiorysu owianego złą sławą księcia dołożył inny neapolitańczyk, żyjący półtora wieku później włoski krytyk Benedetto Croce. Jego zdaniem dziedzic rodu Sansevero, jak na klasycznego alchemika przystało, odkrył eliksir przywracający życie zmarłym.

Tym razem wynalazca postanowił sprawdzić jego działanie na samym sobie, być może dlatego, żeby innym nie dawać przywileju wiecznego żywota. W tym celu poinstruował zaufanego służącego, by ten pociął i poćwiartował jego ciało, po czym umieścił je w specjalnej skrzyni. Tam rozczłonkowane części księcia miały ponownie się połączyć, zapewniając ich właścicielowi nieśmiertelność. Niecierpliwi członkowie rodziny eksperymentatora jednak zbyt wcześnie zajrzeli do kufra, by sprawdzić, jak przebiega proces scalania organizmu. Obudzony przed czasem, półżywy książę zerwał się podobno, po czym z krzykiem opadł na dno skrzyni, tym razem definitywnie martwy…

Gdyby historia ta zawierała choć cień prawdy, trudno byłoby wytłumaczyć fakt, dlaczego przed śmiercią di Sangro zniszczył niemal całe swoje archiwum, wyniki badań oraz zawartość probówek w laboratorium. Zgodnie z oficjalną wersją szalony eksperymentator pożegnał się na dobre z tym światem 22 marca 1771 roku, pozostawiając po sobie jedynie legendy i wiele zagadek nierozwiązanych do dziś.

Epilog enigmatycznego życiorysu księcia Sansevero został dopisany dwadzieścia lat po jego śmierci. Wówczas to w Rzymie, podczas procesu przed Świętą Inkwizycją, słynny hrabia Cagliostro oświadczył, że wiedzę o alchemii posiadł „przed laty w Neapolu od księcia z wielką pasją do chemii”. Sędziowie nie dali wiary jego enuncjacjom i skazali go na śmierć, łagodząc potem wyrok i zmieniając go na dożywotnie więzienie. Cagliostro zmarł w 1795 roku w twierdzy San Leo, zabierając nazwisko swojego mistrza do grobu. Nikt nie ma chyba jednak wątpliwości, że Wielki Kopta miał na myśli Raimonda di Sangro.

Przemysław Nowakowski

http://www.4wymiar.pl/duchy-zjawy-widma ... imitstart=
http://davidicke.pl/forum/raimondo-di-s ... 12407.html
http://wiadomosci.onet.pl/prasa/wyklety ... polu/9dthc

ODPOWIEDZ