Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Awatar użytkownika
chanell
Posty: 453
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 23:54
Lokalizacja: Kraków - PL

Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Post autor: chanell » 28 stycznia 2011, 22:11

Chanell napisała
Noc Świętojańska (Wianki)

Noc Świętojańska (inne nazwy: Noc Kupały, Noc Kupalna, Kupalnocka, Palinocka, Sobótka, Sobótki, Wianki) to święto przywitania lata, związane z letnim przesileniem i najdłuższym dniem roku, wywodzące się jeszcze z pogańskich obrzędów Słowian. Noc Świętojańska obchodzona jest w wigilię Świętego Jana więc jest to noc z 23 na 24 czerwca. Zbiega się ona (nie co do dnia) z najdłuższym dniem w roku.Nazwa "Wianki" wywodzi się z całą pewnością od popularnego w tym dniu zwyczaju puszczania wianków na wodę
Kupalnocka najbardziej znana jest z zachowanej do dzisiaj tradycji rzucania wianków do wody. Wróżenie z wianków – symbolu panieństwa – było prawdopodobnie osobną tradycją, nie do końca związaną z Nocą Świętojańską i należało wyłącznie do panien i kawalerów – dotyczyło zamążpójścia i wyczekiwanej miłości. W tę magiczną noc dziewczęta na wydaniu wiły wianki i puszczały je w nurty rzek – w taki sposób usiłowano wywróżyć szybkie zamążpójście lub staropanieństwo. Na początku wianki plecione były ze słomy, w którą wplatano świeże kwiaty, a przed puszczeniem ich na wodę podpalano słomę. W późniejszych czasach dziewczęta zaczęły pleść wiązanki z ziół i polnych kwiatów i osadzać w nich świece. Świętojański bukiet miał składać się z siedmiu czarodziejskich roślin: bylicy, rosiczki, szałwii, łopianu, ruty, dziewanny i dziurawca. Miały odstraszać złe duchy, chronić przed chorobą i gwarantować dobre zamążpójście.

Jeśli wianek płynął równo, a świeca paliła się jasnym płomieniem lub gdy wyłowił go ukochany – wróżba była pomyślna. Gdy wianek wirował, nie odpływał od brzegu, zaplątał się w roślinach wodnych lub zatonął wieszczył kłopoty miłosne, smutek, nieszczęścia, koniec miłości, a nawet śmierć. Dla młodych ta noc stanowiła niekiedy jedyną możliwość wyboru partnera bez pośrednictwa swatów i podporządkowania się woli rodziców. Obecnie jest już tylko zabawą, a wróżb z nią związanych nikt chyba nie traktuje poważnie.

Tak opisywał wianki Anczyc w 1861 r., (źródło: Julian Zinkow "Krakowskie podania, legendy i zwyczaje", Kraków 1993, s.193-4) "...w wigilię św. Jana tłumy krakowian spieszą nad Wisłę w pobliże Wawelu. Po zachodzie słońca skoczny krakowiak rozpoczyna imprezę. Po obydwu stronach Wisły rozbłyskują ognie bengalskie. Stanowi to sygnał do puszczania wianków przez tysiące zebranych na brzegu panien. Równocześnie płyną łodzie, pełne młodzieży. Wkrótce w górze rzeki wytryska czerwona łuna, rozlegają się dźwięki muzyki i śpiew mężczyzn na łodziach, oświetlonych różnobarwnymi lampionami. Po ukończeniu pieśni słychać huk wystrzału, łodzie ustawiają się w dwa rzędy. Od strony Zwierzyńca zbliża się duży statek, umajony gałęziami i kwiatami, rzęsiście oświetlony; na nim również znajduje się orkiestra i męski chór. Za nim płynie jak widmo ciemna łódź. Wkrótce niespodzianie wytryska z niej snop iskier, staje się jakby wulkanem ruchomego światła: tryskają fontanny, kręcą się młynki. Równocześnie w pierwszej łodzi rozlegają się skoczne dźwięki krakowiaka, które kończą obchód wianków".

Historia


Na temat pochodzenia słowa kupała istnieje kilka hipotez. Pierwsza z nich wywodzi je z języka Wenedów, którzy sąsiadowali ze Słowianami i prawdopodobnie zostali przez nich wchłonięci. Ich język miał wykazywać pewne podobieństwo do łaciny (fonetyczne zestawienie Kupały i rzymskiego Cupido). Inna z kolei odwołuje się do indoeuropejskiego kump, które oznaczało zbiorowość, grupę (od niego właśnie pochodzą współczesne polskie słowa takie jak kupa, skupić). Miało to podkreślać zbiorowy, społeczny charakter tych obrzędów. Następna hipoteza związana jest z rzekomym słowiańskim bóstwem miłości i płodności – Kupałą. No i ostatnia, odnosząca się do rosyjskiej formy słowa kąpać. Związek obrzędów Nocy Świętojańskiej z kąpielą jest zresztą zapewne dość późny – w średniowieczu Kościół, który bezskutecznie walczył z pogańskimi, niemoralnymi zwyczajami, postanowił je zasymilować. Wtedy to ustanowiono Jana Chrzciciela patronem tego dnia. W tradycji chrześcijańskiej łączony jest on z ceremonią chrztu, który, szczególnie we wschodnich obrządkach, odbywa się poprzez rytualną kąpiel. Początkowo próbowano nawet przenieść Noc Kupały w okolice Zielonych Świątek, co jednak skończyło się niepowodzeniem i ustanowieniem wigilii św. Jana w dniu 23 czerwca (bliższym faktycznej daty letniego przesilenia, które ma miejsce zazwyczaj w nocy z 21 na 22 czerwca).
Inna nazwa Nocy Świętojańskiej, czyli Sobótka (lub Sobótki) ma także związek z próbami wykorzenienia pogańskich tradycji przez chrześcijaństwo. Słowo to ukute przez Kościół i niosące z sobą negatywne konotacje, odnosi się do sabatu – zlotu czarownic i demonów. Pomimo starań duchowieństwa tradycja Nocy Świętojańskiej zdołała przetrwać, chociaż w zmienionej formie i z nałożoną na nią warstwą wierzeń i symboliki chrześcijańskiej. Po okresie zapomnienia pomiędzy XII a XV wiekiem, zaczęła odżywać na nowo w drugiej połowie XVI wieku (to z tego okresu pochodzi przecież Pieśń Świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego).

A jak obchodzono Kupalnockę? Zacznijmy od tego, że było to święto radosne. Odprawiane wówczas rytuały miały na celu zapewnienie poszczególnym uczestnikom zdrowia, a całej społeczności urodzajnych zbiorów. Ważnym elementem tych obrzędów był ogień i palenie ognisk, wokół których odbywały się tańce. Skoki przez płomienie miały oczyścić uczestników i chronić ich przed złymi mocami czy chorobą. Młode dziewczęta plotły wianki z kwiatów, umieszczały w nich płonące świece i puszczały je z nurtem wody. Na podstawie obserwacji płynących wianków wróżono szybkie zamążpójście, lub wprost przeciwnie – staropanieństwo. Kawalerowie próbowali wyławiać je z wody – był to sposób na kojarzenie par. Wiąże się to z bardzo ciekawym aspektem dawnej Nocy Kupały. Źródła historyczne wskazują bowiem, że w czasach przedchrześcijańskich święto miało charakter orgiastyczny i mogło być swoistym rytuałem inicjacji seksualnej. Nie bez kozery zatem nazywano je świętem miłości, a Kościół katolicki wydał mu walkę. Już w czasach po chrystianizacji Polski była to jedna z nielicznych okazji, kiedy młodzi ludzie obojga płci mogli udawać się wspólnie na spacer do lasu, nie wzbudzając tym zgorszenia ogółu. Podczas tych spacerów szukano wspólnie legendarnego kwiatu paproci – to kolejny ze zwyczajów związanych z Nocą Kupały. Jedna z teorii mówi, że ów magiczny, dający szczęście kwiat, mógł być kojarzony ze słowiańskim bogiem piorunów. W wierzeniach ludowych zwany jest on bowiem także perunowym kwiatem – burze i pioruny miały sprzyjać jego kwitnieniu. Ale wiele wskazuje na to, że legenda o kwiecie paproci to kulturowy import z terenów niesłowiańskich – podanie to spotykamy również we Francji czy Niemczech.

Zresztą w Czechach, Rosji czy u bałkańskich święto Słowian przebiegało podobnie jak w Polsce – najważniejszymi elementami były ogień, skoki przez ognisko i wspólna przy nim zabawa. Echa dawnych obrzędów związanych z Nocą Świętojańską przetrwały do naszych czasów nie tylko w krajach słowiańskich. Nie inaczej rzecz się miała w krajach skandynawskich. W Szwecji jest to nawet oficjalne święto letniego przesilenia, zwane Midsommar, a obchodzone w weekend najbliższy 24 czerwca. W całym kraju odbywają się huczne festyny połączone z paleniem ognisk i tańcami. Podobnie jest na Łotwie, gdzie tamtejsze obchody Līgo (23 czerwca) i Jāņi (24 czerwca) zwane także Jāņu Nakts (Nocą Jana) mają charakter święta państwowego. Jak w innych częściach Europy nie może tam w tych dniach zabraknąć ogniska, a łotewską specyfiką jest spożywanie specjalnego sera z kminkiem i picie piwa, które w czasach przedchrześcijańskich uważano za napój bogów. W ostatnim czasie, prócz pozostałości Nocy Świętojańskiej w kulturach ludowych narodów europejskich, możemy równocześnie obserwować inne ciekawe zjawisko – próby autentycznego wskrzeszania obchodów tego święta przez rozmaite, coraz liczniejsze grupy neopogan z różnych zakątków naszego kontynentu.

Po raz kolejny okazuje się, że Polacy nie gęsi, też swój język mają i, że cudze chwalicie, swego nie znacie. Może zamiast obchodzić anglosaskie Walentynki w chłodny, lutowy dzień, przywróćmy słowiańskie święto miłości i w piękny czerwcowy wieczór – jak nasi przodkowie – oddajmy się wszelakim swawolom w świetle ognisk?


Opracowanie: Barbara Błońska (miesięcznik „Karnet”)
Lubię śpiewać ,lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy :)

GregS
Posty: 13
Rejestracja: 19 stycznia 2011, 13:27

Re: Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Post autor: GregS » 28 stycznia 2011, 22:11

GregS napisał
Natrafiłem na ciekawe wyjaśnienie nazw niektórych szczytów w Polsce - Palenica. Jak nazwa wskazuje tam coś palono. Napewno ognie, ale kiedy i dlaczego? Jak znajde link to umieszcze na forum

Znalazłem

http://greggs.fotosik.pl/albumy/800339.html

Awatar użytkownika
chanell
Posty: 453
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 23:54
Lokalizacja: Kraków - PL

Re: Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Post autor: chanell » 28 stycznia 2011, 22:13

Chanell napisała
Gregs Niesmiało zwracam uwagę że Palenica ( góra) znajduje się też w Szczawnicy w Pieninach. Na Palenicę można od niedawna wjechać wyciągiem krzesełkowym ( piekne widoki )








ps; Gregs z linka który podałeś nie da się czytać .Próbowałam powiększyć,ale dalej prawie nic nie można odczytać. Może spróbuj streścić
Lubię śpiewać ,lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy :)

Awatar użytkownika
Blad
Posty: 550
Rejestracja: 12 stycznia 2011, 20:33
Lokalizacja: UK
Kontakt:

Re: Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Post autor: Blad » 28 stycznia 2011, 22:14

Blad napisał
Góra Palenica, nazywana także Szpicem, jest najbardziej na północ wysuniętą częścią Beskidu Śląskiego. Chociaż nie jest wysoka, góruje nad dzielnicą Bielska Białej – Wapienicą i Jaworzem. Wznosi się tylko około 690 m n.p.m., ale dzięki mocnemu wyeksponowaniu ku północy, z jej szczytu roztacza się rozległy widok na część Pogórza Śląskiego.
Do kolejnego spotkania z medium Tamarą Jermakową-Szymańską przygotowałem się solidniej niż zazwyczaj, gdyż uczestnictwo w badaniach tajemniczych ruin, położonych niedaleko jej domu, na szczycie Palenicy, zobowiązywało mnie do przestudiowania wszystkich materiałów dotyczących tej góry. Wolałem mieć jak najlepsze wyobrażenie o tym, co zobaczę i czego będę świadkiem. Ta wiedza pozwoliłaby mi również na skonfrontowanie wyników medialnych badań z hipotezami naukowymi.

Zacząłem bacznie analizować słowa pana Grzegorza Szymańskiego. Twierdzi on, że nazwa góry pochodzi od czasownika palić, a więc Palenica to miejsce, gdzie dawniej coś palono. Według encyklopedii w Polsce występuje kilka szczytów tak nazywanych. Najbardziej znane są w Szczawnicy w Pieninach, w Tatrach, w Ustroniu w Beskidzie Śląskim i właśnie na granicy Bielska i Jaworza. Jeśli to prawda, to fakt, że na wysokich i bezludnych górskich szczytach palono ognie, jest bardzo intrygujący. Kto i kiedy to robił? W jakim celu? Te pytania jak dotąd pozostają bez odpowiedzi.

Kamienny krąg

Obiekt określany w literaturze przedmiotu jako kamienny krąg znajduje się na samym szczycie, w pewnym oddaleniu od biegnącego nieopodal niebieskiego szlaku z Wapienicy na Błatnią. Z tego powodu większość turystów, przechodząc obok, nie wie nawet, co skrywa leśny gąszcz.

Kamienny krąg obejmuje szczytową partię góry. Według niektórych bielskich archeologów zbliżony jest do ogólnie znanego schematu wczesnośredniowiecznego założenia grodowego. Ma kształt w miarę regularnego, nieco owalnego, otwartego od strony północno-wschodniej pierścienia o powierzchni około pół hektara z centralnie położonym pagórkiem. Tworzy go wał o nierozpoznanej konstrukcji wewnętrznej usypany z różnej wielkości kamieni. Przeciętna wysokość zachowanego nasypu waha się od półtora do dwóch metrów. Za jego obronnym charakterem przemawia według archeologów pozostałość po fosie, której szerokość wynosi obecnie od jednego do trzech metrów, oraz przedwale odcinające część centralną od jedynego dogodnego dojścia od strony Błatniej. Od południa zbocze jest bardzo strome i brak tu jakichkolwiek dodatkowych umocnień. Na stoku, niczym podkowy, znajdują się trzy podgrodzia w formie schodkowych tarasów. Różnice w wysokościach półek wynoszą około dziesięciu metrów. Wewnątrz grodu znajduje się niewielki pagórek, na którym prawdopodobnie stała niegdyś wieża obserwacyjna. Obecnie jest tu otoczone kamieniami palenisko. Z analizy archeologicznej wynika również, że gród, który leży w strategicznej części masywu górskiego, mógł służyć okolicznej ludności za schronienie w razie zagrożenia. Dane archeologiczno-historyczne są niezwykle skromne. Niemniej jednak ciekawi wniosek, jakim konkluduje badanie Palenicy Bogusław Chorąży: „Brak występowania materiału zabytkowego oraz warstwy kulturowej wydaje się wykluczać możliwość długotrwałego zamieszkiwania tego obiektu. Wskazuje to na funkcje strażnicy lub obiektu kultowego. Dotychczasowi badacze wiążą go na ogół z okresem wczesnego średniowiecza, głównie na podstawie podobieństwa założenia do innych obiektów z tego okresu”. Jak wynika z powyższego omówienia, problematyka stanowiska na Palenicy przedstawia się nader interesująco. Stan rozpoznania nie pozwala na wyjaśnienie tak podstawowych kwestii, jak jego funkcja i chronologia. Niezbędne jest więc przeprowadzenie dalszych szeroko zakrojonych badań. Niezależnie jednak od tego, konieczne jest uporządkowanie terenu, np. usunięcie wysokiego pokrycia roślinnego w celu wyeksponowania całości założenia, w szczególności urządzeń obronnych, takich jak fosa, wał, a także kilku wybranych kopców kamiennych wraz z instalacją odpowiednich tablic informacyjnych.
W sąsiedztwie znajduje się ponad 100 owalnych kopców z luźno usypanych kamieni, zlokalizowanych na grzbiecie łączącym szczyt Palenicy z górą Kopany. Badania przeprowadzone na początku lat dziewięćdziesiątych w obrębie dwóch z nich ujawniły, iż oprócz nasypu zewnętrznego, posiadają też część podziemną w postaci nieckowatej jamy wypełnionej kamieniami. Jakież było zdziwienie bielskich archeologów, gdy oprócz sczerniałych kamieni tworzących kopiec znaleźli również ślady spalonych drewnianych bali! Spowodowało to zwrot w dotychczasowych hipotezach o obronnych funkcjach tego obiektu. Bardziej wiarygodne zaczęły wydawać się kultowy charakter Palenicy i rola kopców jako miejsc składania ofiar. Wskazuje na to sama nazwa Palenica – miejsce palenia ognia. Rodzi się pytanie, czy aby nie świętego. Czy składano tu ofiary? Jeśli weźmiemy pod uwagę brak jakichkolwiek śladów osadnictwa oraz ilość tajemniczych kopców, to czy miejsce to nie urasta do rangi słowiańskiego sanktuarium?

W Mitologii Słowian Aleksander Gieysztor dołącza Palenicę do przedchrześcijańskich obiektów sakralnych. Według niego gród na górze był miejscem kultu, do którego z okazji świąt przybywała okoliczna ludność w celu złożenia ofiar lub odprawienia tryzny. Usypywano wtedy kamienne kopce, do wnętrza wstawiano drewniany pal, wokół którego palono pozostawiane bogom ofiary...


Sanktuarium czy strażnica

Uzbrojony w wiedzę, gotowy jestem na spotkanie z medium. Mam mieszane uczucia, gdyż raporty archeologiczne pełne są sprzeczności. Jedni uważają, że nawet jeśli na Palenicy nie było grodu, to była strażnica. Inni zaś twierdzą, że jej położenie bardziej przypomina miejsce kultu. Bardzo jestem ciekaw opinii pani Tamary. Z naszych wcześniejszych rozmów wynika, że oboje z mężem wykluczają możliwość istnienia na Palenicy grodu. Według nich była to lokalna świątynia poświęcona kultowi ognia, w której żyli jego kapłani. Więcej się jednak nie dowiedziałem, gdyż nie chcieli niczego sugerować, dopóki sam nie zapoznam się z tematem i medium nie przeprowadzi dokładnych badań.
Pasmo Beskidu Śląskiego widać z dużej odległości. Jadąc autem, dostrzec je można już pomiędzy Tychami a Kobiórem. Dwa potężne, rozstępujące się masywy. To Beskid Mały i Śląski, a rozdarcie między nimi to tzw. Brama Wilkowicka łącząca Podgórze Śląskie z Kotliną Żywiecką. U jej podnóża, jak w delcie rzeki, leży Bielsko-Biała. Patrząc uważniej, w prawym masywie dostrzec można dwa leżące jeden za drugim szczyty. To Szyndzielnia z wyraźnym, biegnącym w dół, szerokim pasem narciarskiej trasy i nieco wyższy Klimczok, z którego pasmo górskie jakby wyginało się na południe, zataczało pętlę, tworząc Dolinę Wapienicy i zawracało w pobliże Szyndzielni, kończąc się wybiegającą nam na spotkanie, doskonale widoczną z trzech stron, niewielką górką. Jej kształt i wyeksponowanie jest bardzo charakterystyczne. To właśnie Palenica. Jeśli palono na niej święte ognie, to musiały być widoczne ze wszystkich stron. Nic jej nie przesłania, a ze szczytu aż po horyzont rozciąga się szeroka panorama Śląska. Przyglądając się temu wszystkiemu, nie dziwię się, że najprawdopodobniej powstało tu miejsce kultu. Góra jest wręcz stworzona do takich celów. Tylko jak wysoki musiał być słup ognia, by było go widać aż z trzydziestu kilometrów?

Widzi pan te trzy tarasy pod nami? Tamara Jermakowa wyciąga rękę i pokazuje mi coś w dole, w przerwie między porastającymi zbocze krzewami. To na nich palono ognie. Proszę sobie wyobrazić cztery wielkie ogniska palone jedno nad drugim. Jedno na szczycie, gdzie teraz siedzimy i, jak pan widzi, ludzie nadal je tu palą, drugie niżej. Następnie jeszcze dwa. Z daleka musiało wyglądać tak, jakby płonęła cała góra, bo ogniska łączyły się w jeden potężny słup ognia.
Jesteśmy już na szczycie tajemniczej Palenicy. Nie tak ją sobie wyobrażałem. Informacje, które znalazłem, mówiły o grodzisku z wałami, fosą, a tu wszystko gęsto zarośnięte wszędobylskim zielskiem, krzakami i drzewami. Z powodu wysokiego do kolan dywanu ze splątanych jeżyn, trudno tu dotrzeć. Uważnie wypatruję zarysów wałów. Jak dotąd nic nie widać. Jak archeolodzy mogli w tej dżungli cokolwiek dostrzec? Przedzieramy się jednak dalej i wreszcie ukazuje się coś, co wygląda jak zwykłe małe wzniesienie. Są! Rzeczywiście są. Czytelnie wyróżniają się na tle naturalnego podłoża. Chociaż zniszczone, widać ich wysokość. Jest nawet fosa, a nawet dwie – jedna zewnętrzna, a druga dookoła pagórka z paleniskiem. Podniecony ogarniam wzrokiem całą budowlę. Dokładnie tak, jak w opisach. Oglądam fosę i nagle... – Skąd tu fosa? – pytanie samo ciśnie mi się na usta. Przecież tu nie ma wody i nic nie wskazuje, że kiedykolwiek była. Dziwne... Stoję lekko zaskoczony swoim spostrzeżeniem i obserwuję, jak pani Tamara zaczyna badać teren. Przymyka oczy i wygląda, jakby przypatrywała się czemuś, co widzi tylko ona. Obchodzi wolno pagórek, na którym stoję. Zatrzymuje się, wyciąga przed siebie ręce, coś nimi kreśli w powietrzu. Wraca i wspina się na wał. Jej twarz wyraża wzmożony, umysłowy wysiłek. Wiem już, że to moment próby odnalezienia właściwej częstotliwości, by przenieść się na tej fali w pradawne czasy. Pani Tamara sprawia wrażenie bardzo skoncentrowanej, jakby za wszelką cenę chciała podtrzymać tę niewidzialną, wątłą nić łączącą ją z daleką przeszłością. W napięciu pociera policzki i przesłania zamknięte powieki, jakby upewniała się, że to, co zaczyna widzieć, nie ucieknie. Parę razy okrąża pagórek.
To nieduża przestrzeń. Zastanawiam się, dlaczego archeolodzy uznali to miejsce za gród? Przecież mogło się tu pomieścić najwyżej dziesięć osób. Na schronisko dla uciekającej ludności też jest za małe, a obronne wały z tzw. fosą nie są imponujące. Byłyby łatwe do zdobycia. Już bardziej wygląda to na strażnicę.

– Myślę, że to taka mała lokalna świątynia – z zadumy wyrywa mnie głos męża Tamary Jermakowej, który przysiadł koło mnie, by obserwować żonę. – Świątynia ta bardzo podobna do innych, bardziej znanych obiektów tego typu w Polsce. Na Ślęży na przykład dawne miejsce kultu opasują kamienne wały. Podobnie wygląda góra Chełmno między Sieradzem i Krakowem. Jej szczyt także otacza pierścień takiego wału i tam również archeolodzy nie natrafili wewnątrz na tzw. warstwę kulturową, chociaż u jej podnóża znaleziono ślady niewielkiej osady z wczesnego średniowiecza. Kolejnym przykładem jest Góra Grodowa w Tumlinie, nieopodal Kielc, z wałem wokół wierzchołka datowanym na IX-X wiek. Także tam nie natrafiono na ślady osadnictwa. Zapewne słyszał pan też o największej świątyni naszych przodków położonej niegdyś na Łyścu, który nazwano później Świętym Krzyżem. Tam były trzy kamienne wały, a najdłuższy miał łącznie około 1,3 km długości...

Ku czci świętego ognia

Przerywa, gdyż medium przywołuje nas do siebie. Podchodzimy bliżej, sadowimy się obok, a Tamara Jermakowa, wciąż w transie, oglądając swoim wewnętrznym okiem ten dawno wymarły świat, zaczyna mówić. – To nie był ani gród, ani strażnica. To nie była nawet świątynia ani miejsce kultu. Nie zbierali się tu ludzie, by się modlić i nie było kapłanów. To miejsce było poświęcone żywiołowi ognia. Ogień palony na trzech tarasach dawał złudzenie, że góra płonie. Rozpalano wiele ognisk, półokręgiem na każdym tarasie. Od skraju do skraju. To dawało efekt palącej się góry... Palili te ognie dość rzadko. Dwa, może trzy razy w roku. Na pewno wiosną, podczas święta ognia, gdy wszystko rozkwitało, i potem na koniec żniw, kiedy kończyli zbierać urodzaj, coś jak dożynki... Widzę, jak ludzie hulają, bawią się, świętują. Ale nie tu, tylko na dole, we wsiach. Tu był tylko człowiek odpowiedzialny za ogień. Jego pomocnicy mieszkali gdzieś niedaleko. Opiekowali się tym miejscem i pilnowali ognia. – Czy to znaczy, że w tym miejscu palił się tak zwany wieczny ogień i oni go doglądali? Czy byli to specjalnie poświęceni ludzie? – niecierpliwie i szybko zadaję pytania, by zaspokoić rosnącą ciekawość.

– Nie. Nie palili wiecznego ognia. To byli pracownicy. Jakby ojciec z synami. On nimi kierował. To była ich praca. Byli do tego wyznaczeni. Zbudowali kamienne wały i ściany. Wykopali dwa rowy wokoło. Cała budowla była zrobiona z ziemi i kamieni po to, by zabezpieczyć las przed płomieniami. Wtedy ludzie bardzo szanowali przyrodę. Wierzyli w ducha lasu i nie mogli dopuścić, by się zapalił. Pracownicy karczowali i wyrywali każde rosnące tu drzewko lub krzew i pielili trawę. Nic nie mogło tu rosnąć. To miejsce było bardzo czyste, tylko kamienie i ziemia. Żadnych roślin... Taka była ich praca i obowiązki...

– Czyli to tylko miejsce palenia ognia? – nie kryję rozczarowania. – Szkoda. Tyle różnych hipotez, tyle tajemnic, a okazuje się, że to najzwyklejsze palenisko. Te kamienne wały znakomicie zabezpieczały teren przed ogniem. Naprawdę godny podziwu jest wysiłek, jaki włożono w ich budowę. Ale dlaczego akurat tu? Wiem, że tę górę widać z daleka, ale przecież są inne równie widoczne?
– Właśnie dlatego, że widać ją z daleka, ze wszystkich stron. Jest, to znaczy kiedyś była, dobrze oświetlona, a poza tym znajduje się blisko wsi i chociaż stroma, łatwo było się na nią dostać i bezpiecznie z niej zejść.

– Czy może pani określić czas, moment w historii, kiedy były palone te ognie? – Od dawna. Można powiedzieć, że od zawsze. Zaraz... To nakładka różnych czasów... Zaraz zobaczę, ale to trudne, bo skupiłam się na tym, co tu było, na czasie największej świetności tego miejsca... medium koncentruje się bardziej, marszcząc czoło, jakby chciała przedrzeć się przez gęstą zasłonę czasu.


Już mam... Ten szczyt był pozbawiony drzew, a sam las liściasty był stosunkowo rzadki. Było o wiele mniej drzew. Wyglądał inaczej niż teraz. Nie było takich świerków... Drzewa różnej wysokości. Rosły jakby grupkami. Raz gęściej, raz rzadziej. Ta góra była dobrze widoczna i zawsze oświetlona słońcem. Jaśniała już z daleka. Wtedy ludzie wierzyli w boga Słońca, Wiatru i Wody. Czcili żywioły. Od zawsze przychodzili na tę górę, by być bliżej boga i dziękować mu za wszystko, co dla nich uczynił. Bóg widzi wszystko. Niech patrzy kto został, a kto już odszedł. Ogień symbolizował wiosenne przebudzenie przyrody. I tak było przez wieki. Wiara ewoluowała i nastał kult ognia, jakby był on materialnym przejawem boga Słońce. Dziękowali więc słońcu za ogień i palili ognie. Im więcej, tym lepiej... Ale to było bardzo dawno temu, zanim urządzono to miejsce. Wcześniej było tu małe palenisko ogrodzone wałem. Potem to rozbudowano... Nic więcej nie mogę powiedzieć...

Tamara Jermakowa wolno otwiera oczy i jakby ze zdziwieniem rozgląda się dookoła. Właśnie wróciła z tamtych czasów. Jest wyraźnie zmęczona, ale jak zwykle pełna entuzjazmu i radości.

– Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam. Byliśmy tu z mężem nie raz, ale nigdy nie wchodziłam w trans i nie „patrzyłam”. Mój mąż był pewien, że tu była malutka świątynia z wiecznie palącym się ogniem, strażnikiem z siwą brodą, w długiej szacie przepasanej rzemieniem i łapciach z łyka (śmieje się). Coś w rodzaju strażnicy świętych dębowych gajów. Wiedziałam, że te trzy tarasy były przeznaczone na miejsce palenia ognia, ale że czyniono to na tak wielką skalę, tego nie przypuszczałam. Proszę sobie wyobrazić, że na każdym stopniu palili nie jedno, ale wiele ognisk w półkolu. A pan nie czuje się zawiedziony odarciem tego miejsca z jego tajemnicy?

– Chyba nie. Odkryła pani jego prawdziwe przeznaczenie i teraz można rozpocząć badania archeologiczne pod innym kątem i inaczej spojrzeć na te pozostałości. Archeolodzy powinni zweryfikować swoje hipotezy. To miejsce to prawdziwy skarb świadczący o naszej bogatej kulturze. Szkoda, że tak niewiele wiemy o przedchrześcijańskich czasach i szkoły nie uczą tego dzieci na lekcjach historii. To nasze narodowe dziedzictwo, od którego nie wolno uciekać i o którym nie wolno zapominać. Palenica to prehistoryczny skansen. Być może ostatni, który zachował się w tak w dobrym stanie. Przecież nawet z daleka patrząc na Palenicę, wyraźnie widać pod szczytem wycięte zbocze... Powie mi pani coś więcej o wyglądzie ówczesnych ludzi i ich obyczajach? Czy byli to Słowianie?

Ludzie ognia

– Ludzie ognia, którzy tu mieszkali, byli bardzo podobni do siebie, lekko rudawi. Niewysocy, szczupli, pochyleni. Może od ciężkiej pracy? Nosili włosy do ramion i fryzury ich były identyczne. Od czasu do czasu strzygli je, skracali także brody. Teraz takich nie ma, współcześni są bardziej zróżnicowani i ładniejsi. Tamci mieli nosy okrągłe jak piłeczki, wydatne wargi, jasne szaroniebieskie oczy i pucołowate policzki (śmiech z wydęciem policzków). Nosili szarawe lub płowe bluzy i spodnie do kostek. Jakby z lnu... Wie pan co? Oni tu żyli. Pielęgnowali to miejsce, dbali o nie. Byli bardzo oddani temu, co robią i dumni z tego. Te kamienne kopce tam niedaleko są zrobione przez nich. Nie badałam ich dokładnie, ale w wizji widziałam, jak zbierają kamienie i rzucają jeden na drugi. Kiedy karczowali drzewa i czyścili teren, wyciągali je spomiędzy korzeni i odkładali na bok, by później były pod ręką do naprawy wałów. Nawet gdy w wioskach było święto, nie schodzili na dół...
– Z pani wizji wynika, że góra była tylko miejscem palenia ognia i ludzie się na niej nie zbierali. A czy w późniejszych czasach nie odprawiano tu rytuałów? Już po wprowadzeniu chrześcijaństwa?

– Hmm... Przemieszczając się podczas tych wizji w czasie, rzeczywiście widziałam zmiany w obyczajach. Znikli gdzieś opiekunowie tego miejsca. Już nie było tak wyskubane co do ździebełka, ale jednak nadal palili ognie. Ustawiali drewno w stosy i podpalali taką dużą pałką. W tym czasie Palenicę nazywano Górą Diabła. Podczas zabawy we wsi, mówili Ogień się pali – diabeł tańczy lub Ogień się pali, diabeł się pali. Jakoś tak... Tak jakby bali się diabła i ogień miał go pokonać i spalić, a ich uwolnić od złych mocy... Tyle widziałam. Migały mi też obrazy małych grupek kobiet i dziewcząt, które tu tańczyły dookoła ognia, ale to już tylko sporadyczne przypadki. Tak jakby naśladowały lub kontynuowały dawną tradycję... Być może kiedyś jeszcze raz do tego wrócę i uzyskam więcej informacji. Dziś koncentrowałam się głównie na tych budowlach. Aha, wie pan co? Kiedy ludzie mówili o tym, że diabeł tańczy, to były już te czasy, kiedy kobiety nosiły takie czapki jak rogale, coś jak Holendrzy... Ale dlaczego takie czapki?... We wsiach odbywały się wówczas uczty. Siedzieli za stołami i takimi ni to kuflami, ni dzbankami z przykrywką pili piwo i wino. Dużo rozmawiali. Te imprezy nie były już tak huczne i wesołe, jak dawniej. Wódki nie widziałam. Spódnice takie bufiaste... Nic więcej już panu nie powiem o tych ludziach. Może kiedyś...


W poszukiwaniu mocy i tradycji...

Podnosimy się i tą samą drogą, którą tu weszliśmy, kierujemy się niebieskim szlakiem ku Wapienicy. Odwracam głowę i spoglądam ostatni raz na to odwieczne palenisko. Robi mi się bardzo smutno. Przez tyle wieków służyło ludziom i bogom. Szkoda, że teraz niszczeje w zapomnieniu. Przyjemnie się tam siedzi, tak spokojnie i bezpiecznie. Regenerują się siły i szybko mija zmęczenie po pokonaniu stromego podejścia. A jeśli by jeszcze palił się ogień... Hmm...

– Ma pan całkowitą rację – głos medium wyrywa mnie znienacka z rozmarzenia. To nie pierwszy raz, kiedy pani Tamara telepatycznie odbiera moje myśli. – To miejsce jest prawdziwym czakramem. Takim naturalnym, stworzonym przez magnetyczne promieniowanie słońca, ludzkie modlitwy i oczyszczającą siłę ognia. Jest świetne do medytacji i rozważań. Doskonale do rozmów z duchami przyrody... To energetyczny, do tej pory działający kanał z ziemi do nieba. Egregor jest nadal bardzo silny. Można tu modlić się i prosić Boga o zdrowie, a prośby zostaną wysłuchane. To także dobre miejsce do obcowania z duchami przodków (w tym momencie medium odwraca się do mnie i mruga porozumiewawczo, aż ciarki przebiegają po plecach). Zresztą jak pan widzi, tradycja w narodzie nie zaginęła. Cały czas przychodzą tu ludzie i chociaż dzisiaj nad terenem paleniska szumią sosny, to nadal połyskuje tam na górze ognisko, gdzie nieliczne grono pielęgnuje zapomniane tradycje ojców...

Schodzimy szybko, jakbyśmy nabrali świeżych sił. Oczyma wyobraźni widzę te czasy, kiedy cała Palenica płonęła świętym ogniem, a widok i moc jego płomieni jak najgorętszy żar wypalał ówczesnym ludziom tego diabła, który i po dziś dzień drzemie w każdym z nas. Ogień się pali i diabeł się pali – chcę krzyczeć z całych sił, ale przyspieszam tylko kroku...

W jakiś czas po powrocie, podczas opracowywania tej relacji natrafiłem na informacje o kolonistach holenderskich, którzy od przełomu XV i XVI w. mieszkają w Wilamowicach, w pobliżu Bielska-Białej. Co ciekawsze, z ich miasteczka doskonale widać zbocze Palenicy...

Tekst i zdjęcia: Jakub Wesołowski

Wydanie internetowe: www.4wymiar.pl
_________________
Wszystko jest trudne dopóki nie stanie się proste
Wędzonki, kiełbasa, szynka
http://www.smokedsausage.uk

GregS
Posty: 13
Rejestracja: 19 stycznia 2011, 13:27

Re: Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Post autor: GregS » 28 stycznia 2011, 22:14

GregS napisał
Chanell. Napisałem, że jest parę szczytów o tej nazwie. Zresztą w publikacji jest też to wspomniane.

Blad. Dobra robota. Chciałem podać linki do artykułów na stronie miesięcznika, ale sa one dostępne tylko we fragmentach, dlatego zeskanowałem je i zamieściłem na fotosiku. Jak udało Ci się odnaleć je i zamieścić na forum?

A swoją drogą co myślicie o pracach tej Pani? W tamtym roku było bardzo głośno o projektach w których brała lub bierze udział.

Awatar użytkownika
chanell
Posty: 453
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 23:54
Lokalizacja: Kraków - PL

Re: Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Post autor: chanell » 28 stycznia 2011, 22:15

Chanell napisała
Gregs bardzo ciekawe,bardzo

Cytat:
Jak udało Ci się odnaleć je i zamieścić na forum?


Blad ma swoje sposoby i jeszcze nie raz cię zaskoczy

Pieśń o Sobótce

Jan Kochanowski

Gdy słońce Raka zagrzewa,
A słowik więcej nie śpiewa,
Sobótkę, jako czas niesie,
Zapalono w Czarnym Lesie.
Tam goście, tam i domowi
Sypali się ku ogniowi;
Bąki za raz troje grały
A sady się sprzeciwiały.
Siedli wszyscy na murawie;
Potym wstało sześć par prawie
Dziewek jednako ubranych
I belicą przepasanych.
Wszytki spiewać nauczone,
W tańcu także niezganione;
Więc koleją zaczynały,
A pierwszej tak począć dały:

Panna I
Siostry, ogień napalono
I placu nam postąpiono;
Czemu sobie rąk nie damy,
A społem nie zaspiewamy?
Piękna nocy, życz pogody,
Broń wiatrów i nagłej wody;
Dziś przyszedł czas, że na dworze
Mamy czekać ranej zorze.
Tak to matki nam podały,
Samy także z drugich miały,
Że na dzień świętego Jana
zawdży sobótka palana.
Dzieci, rady mej słuchajcie,
Ojcowski rząd zachowajcie:
Święto niechaj świętem będzie,
Tak bywało przed tym wszędzie.
Święta przed tym ludzie czcili,
A przedsię wszytko zrobili;
A ziemia hojnie rodziła,
Bo pobożność Bogu miła.
Dziś bez przestanku pracujem
I dniom świętym nie folgujem:
Więc też tylko zarabiamy,
Ale przedsię nic nie mamy.
Albo nas grady porażą,
Albo zbytnie ciepła każą;
Co rok słabsze urodzaje,
A zła drogość za tym wstaje.
Pracuj we dnie, pracuj w nocy,
Prózno bez Pańskiej pomocy;
Boga, dzieci, Boga trzeba,
Kto chce syt być swego chleba.
Na tego my wszytko włóżmy,
A z sobą sami nie trwóżmy;
Wrócąć się i dobre lata,
Jeszczeć nie tu koniec świata.
A teraz ten wieczór sławny
Święćmy jako zwyczaj dawny,
Niecąc ognie do świtania,
Nie bez pieśni, nie bez grania!

Panna II
To moja nawiętsza wada,
Że tańcuję barzo rada;
Powiedzcież mi, me sąsiady,
Jest tu która bez tej wady?
Wszytki mi się uśmiechacie,
Podobno ze mną trzymacie;
Postępujmyż tedy krokiem,
Aleć nie masz jako skokiem.
Skokiem taniec nasnadniejszy,
A tym jeszcze pochodniejszy,
Kiedy w bęben przybijają,
Samy nogi prawie drgają.
Teraz masz czas, umiesz li co,
Mój nadobny bębennico!
Wszytka tu wieś siedzi w koło,
A w pośrzodku samo czoło.
Żeby też tu ta nie była,
Która twemu sercu miła?
Każesz li, wierzyć będziemy,
Aleć insze rozumiemy.
Pomóż oto dobrej rzeczy,
A nasz taniec miej na pieczy;
Owa najdziesz i w tym rzędzie,
Coć za wszytki płatna będzie.
Ja się nie umiem frasować,
Toż radzę drugim zachować;
Bo w trosce człowiek zgrzybieje
Pierwej, niż się sam spodzieje.
Ale gdzie dobra myśl płuży,
Tan i zdrowie lepiej służy;
A choć drugi zajdzie w lata,
I tak on ujdzie za swata.
Za mną, za mną, piękne koło,
Opiewając mi wesoło!
A ty się czuj, czyja kolej,
Nie masz li mię wydać wolej !

Panna III
Za mną, za mną, piękne koło,
Opiewając mi wesoło!
Czuję się, że moja kolej,
A ja nie mam wydać wolej.
Sam ze wszytkiego stworzenia
Człowiek ma śmiech z przyrodzenia;
Inszy wszelaki źwierz niemy
Nie śmieje się, jako chcemy.
Nie ma w swym szaleństwie miary,
Kto gardzi Pańskimi dary;
A bodaj miał płakać siła,
Komu dobra myśl niemiła.
Śmiejmy się! Czy nie masz czemu?
Śmiejże się przynamniej temu,
Że, nie mówiąc nic trefnego,
Chcę po was śmiechu śmiesznego.
Wystąp ty, coś ciągnął kota,
A puść się na chwilę płota !
Uchowa cię dziś Bóg szkody,
Bo tu opodal do wody.
Ciągnie go drugi na suszy,
Tobie trzeba aż po uszy;
Nieboże mój, kto cię zbłaźnił,
Żeś tak srogie źwierzę draźnił?
Nie znasz ludzi, co przed kotem
Pierzchają nawiętszym błotem?
A na jego głos straszliwy
Ledwe drugi będzie żywy.
Głaszcz na nim, jako chcesz, skórę,
On przedsię ogonem wzgórę;
Zły z nim pokój, gorsza zwada;
Jeszcze i dziś strach sąsiada.
Czasem też i z dachu spadnie,
A przedsię na nogi padnie;
I chłop foremniejszy bywa,
Gdzie kot we łbie przemieszkiwa.
A to jako w nim szacować,
Że umie i praktykować?
A to tak wieszcza bestyja,
Że się zawżdy na deszcz myją.
Więc łowiec niepospolity
A w swych sprawach dziwnie skryty.
K’ temu rzadko uśnie w nocy
Ale ufa zawżdy mocy.
Kocie, wszytko to do czasu,
Strzeż wilka wyszczekać z lasu;
A może być i w tym stadzie,
Co już myśli o zakładzie.

Panna IV
Komum ja kwiateczki rwała,
A ten wianek gotowała?
Tobie, miły, nie inszemu,
Któryś sam mił sercu memu.
Włóż na piękną głowę twoją
Tę rozkwitłą pracą moję;
A mnie samę na sercu miej,
Toż i o mnie sam rozumiej.
Żadna chwila ta nie była,
Żebych cię z myśli spuściła;
I sen mię prace nie zbawi,
Spię, a myślę, by na jawi.
Tę nadzieję mam o tobie,
Że mię też masz za co sobie:
Ani wzgardzisz chucią moją,
Ale mi ją oddasz swoją.
Tego zataić nie mogę,
Co mi w sercu czyni trwogę;
Wszytki tu wzrok ostry mają
I co piękne, dobrze znają.
Prze Bóg, siostry, o to proszę,
Niech tej krzywdy nie odnoszę,
By mię która w to tknąć miała,
O com się ja utroskała.
O wszelako inszą szkodę
Łacno przyzwolę na zgodę;
Ale kto mię w miłość ruszy,
Wiecznie będzie krzyw mej duszy!

Panna V
Zwierzęć się, gromado moja,
Nie mam przed Szymkiem pokoja!
Za trzewik mi zastępuje,
A powiada, że miłuje.
Szymku, by to prawda była;
Dobrze bych Bogu służyła;
Ale ty rad z ludzi szydzisz,
Zwłaszcza gdy prostaka widzisz.
Tobie to wolno samemu,
Ale, wierę, nie inszemu;
Bo ty z tym nadobnie umiesz,
A gdzie kogo tknąć, rozumiesz.
I któraż by nie szła rada
Za tak gładkiego sąsiada?
Podajże jej kęs nadzieje,
Alić się już moja śmieje.
I samam tak głupią była,
Żem ci też kiedy wierzyła;
Dziś już nic i pókim żywa,
Znam cię, ziółko, żeś pokrzywa.
Ze mną sobie rzecz najdujesz,
Drugiej nogę przystępujesz;
Odpuść mi: silnyś przechyra,
A ja z takim nie mam mira.
Nie sprawujże się przez miarę,
Boć zaś ludzie dadzą wiarę;A mało sobie poprawisz,
Że mię w nieprawdzie zostawisz.

Panna VI
Gorące dni nastawają,
Suche role się padają;
Polny świercz, co głosu sstaje,
Gwałtownemu słońcu łaje.
Już mdłe bydło szuka cienia
I ciekącego strumienia,
I pasterze, chodząc za niem,
Budzą lasy swoim graniem.
Żyto się w polu dostawa
I swoją barwą znać dawa
Iż już niedaleko żniwo:
Miej się do sierpa co żywo!
Sierpa trzeba oziminie,
Kosa się zejdzie jarzynie;
A wy, młodszy, noście snopy,
Drudzy układajcie w kopy!
Gospodarzu nasz wybrany,
Ty masz mieć wieniec kłosiany,
Gdy w ostatek zboża zatnie
Krzywa kosa już ostatnie.
A kiedy z pola zbierzemy,
Tam dopiero odpoczniemy
Dołożywszy z wierzchem broga;
Już więc, dzieci, jedno Boga!
Wtenczas, gościu, bywaj u mnie,
Kiedy wszystko najdziesz w gumnie,
A jesli ty rad odkładasz,
Mnie do siebie drogę zadasz.

Panna VII
Prózno cię patrzam w tym kole:
Twoja, miły, rozkosz pole;
A raczej źwierz leśny bijesz,
Niż tańcujesz albo pijesz.
Ja też, bym nabarziej chciała,
Trudno bym się zdobyé miała
Na lepszą myśl; bo po tobie
Serce zawżdy teskni sobíe.
Wolałabym też tym czasem
Gdziekolwiek pod gęstym lasem
Użyć z tobą towarzystwa,
Pomogę ja i myślistwa.
Czego miłość nie przywyknie?
Już ja trafię, gdy pies krzyknie,
Gdzie zajeżdżać zającowi
Mając charty pogotowi.
A kiedy rzucisz sieć długą,
Jeslić się swoją posługą
Ni nacz więcej nie przygodzę,
Niech za tobą smycz psów wodzę!
Żadna gęstwa, żadne głogi
Nie przekażą mojej drogi;
Tak lato jako śrzeżogę
Przy tobie ja wytrwać mogę!
Albo, mój myśliwcze, tedy
Pokwap’ się do domu kiedy;
Albo mnie ciężko nie będzie
Ciebie naszladować wszędzie!

Panna VIII
Pracowite woły moje,
Przy tym lesie chłodne zdroje
I łąka nieprzepasiona,
Kosą nigdy nie sieczona.
Tu wasza dziś pasza będzie;
A ja, mając oko wszędzie,
Będę nad wami siedziała
I tymczasem kwiatki rwała.
Kwiatki barwy rozmaitej,
Które na łubce obszytej
Usadzę nadobne koło
I włożę na swoje czoło.
Tak dziewka, jako młodzieniec,
Nie proś mię nikt o mój wieniec!
Samam go swą ręką wiła,
Sama go będę nosiła.
Dałam wczora taki drugi;
Będzie mi go żal czas długi;
Bo mię za raz pobrać dano,
Czego mi czynić nie miano.
Pracowite woły moje,
Wam płyną te chłodne zdroje;
Wam kwitnie łąka zielona,
Kosą nigdy nie sieczona!

Panna IX
Ja płaczę, a żal zakryty
Mnoży we mnie płacz obfity.
Spiewa więzień okowany
Tając na czas wnętrznej rany.
Spiewa żeglarz w cudze strony
Nagłym wiatrem zaniesiony;
I oracz ubogi śpiewa,
Choć od pracej aż omdlewa.
Spiewa słowik na topoli,
A w sercu go przedsię boli
Dawna krzywda; mocny Boże,
Iż z człowieka ptak być może!
Nadobnać to dziewka była,
Póki między ludźmi żyła;
Toż niebodze zawadziło,
Bo każdemu piękne miło.
Zły a niewierny pohańcze,
Zbójca własny, nie posłańcze!
Miawszy odnieść siostrę żenie
Zawiodłeś ją w leśne cienie.
Próznoś jej język urzynał,
Bo wszytko, coś z nią poczynał,
Krwią na rąbku wypisała
I smutnej siestrze posłała.
Nie wymyślaj przyczyn sobie,
Pewnać już sprawa o tobie;
Nie składaj nic na źwierz chciwy,
Umysł twój krzyw niecnotliwy.
Siadaj za stół, jesliś głodzien,
Nakarmią cię, czegoś godzien;
Już ci żona warzy syna,
Nieprzejednanać to wina.
Nie wiesz, królu, nie wiesz, jaki
Obiad i co za przysmaki
Na twym stole; ach, łakomy,
Swe ciało jesz, niewiadomy !
A gdy go tak uraczono,
Głowę na wet przyniesiono;
Temu czasza z rąk wypadła,
Język zmilknął, a twarz zbladła.
A żona powstawszy z ławy:
„Coć się zdadzą te potrawy?
To za twą niecnotę tobie,
Zdrajca mój, synowski grobie!”
Porwie się mąż ku niej zatym,
Alić nasz dudkiem czubatym;
Sama się w jaskółkę wdała,
Oknem, łając, poleciała.
A ona niewinna córa
Obrosła w słowicze pióra;
I dziś wdzięcznym głosem cieszy,
Kto się kolwiek w drogę śpieszy.
Chwała Bogu, że te kraje
Niosą insze obyczaje,
Ani w Polszcze jako żywy
Zjawiły się takie dziwy.
Jednak ja mam, co mię boli;
A by dziś nie ludziom k’woli,
Co spiewam, płakać bych miała,
Acz me pieśni płacz bez mała.

Panna X
Owa u ciebie, mój miły,
Me prośby ważne nie były;
Próznom ja łzy wylewała
I żałosnie narzekała.
Przedsięś ty w swą drogę jechał,
A mnieś, nieszczęsnej, zaniechał
W ciężkim żalu, w którym muszę
Wiecznie trapić moję duszę.
Bodaj wszytkich mąk skosztował,
Kto naprzód wojsko szykował
I wynalazł swoją głową
Strzelbę srogą, piorunową.
Jakie ludzkie głupie sprawy:
Szukać śmierci przez bój krwawy!
A ona i tak człowieczy
Upad ma na dobrej pieczy.
Przynamniej by mi w potrzebie
Wolno stanąć wedle ciebie;
Przywykłabych i ja zbroi,
Bodaj przepadł, kto się boi!
Jednak ty tak chciej być śmiałym,
Jakoby się wrócił całym;
A nie daj umrzeć mnie, smutnej,
W płaczu i w trosce okrutnej.
A wiarę, coś mi ślubował,
Pomni, abyś przy tym chował;
Tę mi przynieś a sam siebie;
Dalej nie chcę nic od ciebie!

Panna XI
Skrzypku, by w tej pięknej rocie
Usłyszeć co o Dorocie,
Weźmi gęśle, jakoć miła,
A zagraj nie myśląc siła !
Nieprzepłacona Doroto,
Co między pieniędzmi złoto,
Co miesiąc między gwiazdami,
Toś ty jest miedzy dziewkami!
Twoja kosa rozczosana
Jako brzoza przyodziana;
Twarz jako kwiatki mieszane
Lelijowe i różane.
Nos jako sznur upleciony,
Czoło jak marmór gładzony;
Brwi wyniosłe i czarnawe,
A oczy dwa węgla prawe.
Usta twoje koralowe,
A zęby szczere perłowe;
Szyja pełna, okazała,
Piersi jawne, ręka biała.
Serce mi zakwitnie prawie
Przy twej przyjemnej rozprawie;
A kiedy cię pocałuję,
Trzy dni w gębie cukier czuję.
W tańcuś jak jedna bogini,
A co się skutniejszą czyni:
Nie masz w tobie nic hardości,
Co więc rzadko przy gładkości.
Tymeś ludziom wszytkim miła
I mnieś wiecznie zniewoliła;
Przeto cię me głośne strony
Będą sławić na wsze strony.

Panna XII
Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?
Człowiek w twej pieczy uczciwie
Bez wszelakiej lichwy żywie;
Pobożne jego staranie
i bezpieczne nabywanie.
Inszy się ciągną przy dworze
Albo żeglują przez morze,
Gdzie człowieka wicher pędzi,
A śmierć bliżej niż na piędzi.
Najdziesz, kto w płat język dawa,
A radę na funt przedawa,
Krwią drudzy zysk oblewają,
Gardła na to odważają.
Oracz pługiem zarznie w ziemię;
Stąd i siebie, i swe plemię,
Stąd roczną czeladź i wszytek
Opatruje swój dobytek.
Jemu sady obradzają,
Jemu pszczoły miód dawają;
Nań przychodzi z owiec wełna
I zagroda jagniąt pełna.
On łąki, on pola kosi,
A do gumna wszytko nosi.
Skoro też siew odprawiemy,
Komin wkoło obsiędziemy.
Tam już pieśni rozmaite
Tam będą gadki pokryte
Tam trefne plęsy z ukłony,
Tam cenar, [tam] i goniony.
A gospodarz wziąwszy siatkę
dzie mrokiem na usadkę
Albo sidła stawia w lesie;
Jednak zawżdy co przyniesie.
W rzece ma gęste więcierze,
Czasem wędą ryby bierze;
A rozliczni ptacy wkoło
Ozywają się wesoło.
Stada igrają przy wodzie,
A sam pasterz, siedząc w chłodzie,
Gra w piszczałkę proste pieśni;
A faunowie skaczą leśni.
Zatym sprzętna gospodyni
O wieczerzej pilność czyni,
Mając doma ten dostatek,
Że się obejdzie bez jatek.
Ona sama bydło liczy,
Kiedy z pola idąc ryczy,
Ona i spuszczać pomoże;
Męża wzmaga, jako może.
A niedorośli wnukowie,
Chyląc się ku starszej głowie,
Wykną przestawać na male,
Wstyd i cnotę chować w cale.
Dzień tu, ale jasne zorze
Zapadłyby znowu w morze,
Niżby mój głos wyrzekł wszytki
Wieśne wczasy i pożytki.
_________________
Lubię śpiewać ,lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy :)

Awatar użytkownika
janusz
Posty: 1177
Rejestracja: 18 stycznia 2011, 01:38

Re: Zwyczaje i obrzędy Słowiańskie

Post autor: janusz » 21 czerwca 2013, 21:37

Święto Kupały


ODPOWIEDZ